:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  21°C lekkie zachmurzenie

Lwowskie rocznice - Krzyk zapomnianych cmentarzy

O „nijakich” obchodach 70 rocznicy mordu na Polskich Profesorach we Lwowie, o pełnym smutku, ale jakże sentymentalnym spacerze po polskich nekropoliach – opowiada aktor Teatru Powszechnego w Radomiu Kamil Woźniak.

70 rocznica mordu profesorów lwowskich przypadała na 4 lipca 2011 roku czyli poniedziałek. Byłem pewien, że wtedy właśnie odbędą się wszystkie uroczystości z tym związane. Nigdzie jednak nie mogłem znaleźć informacji na ten temat. W końcu postanowiłem napisać do Konsulatu Polskiego we Lwowie. Odpisał mi Pan Konsul Jacek Żur. Uroczystości w tym roku wyjątkowo miały odbyć się 3 lipca w niedzielę. Organizatorami były miasto Lwów i miasto Wrocław. Jedyną możliwością dojechania tam na niedzielę była całonocna podróż autokarem z Warszawy. We Lwowie miał już czekać na mnie znajomy, który zadekował się u pani Zofii (Polka na Rynku, u której zawsze mieszkam) dzień wcześniej, czyli
w sobotę w południe. 2 lipca ledwo co zdążyłem na pociąg do Warszawy Zachodniej.


O godzinie 18:00 wyjechałem z Radomia, a o 20:25 byłem w stolicy na dworcu. Okazało się niestety, że nie ma wolnych biletów. Autokar był pełen. Sytuacja wyglądała nieciekawie. Udało mi się na szczęście kupić bilet od dziewczyny, która musiała odwołać swój wyjazd. Podróż przez Lublin, Zamość, Rawę Ruską, Żółkiew trwała dużo dłużej niż zazwyczaj.


3 lipca, niedziela. Msza Święta w Kościele Św. Marii Magdaleny miała zacząć się o godzinie 10:00 czasu lwowskiego. Na dworzec Stryjski wjechałem dopiero o 8:50. Szybko przesiadłem się w trolejbus (błąd, jedzie dużo wolniej niż marszrutka i nie dojeżdża na ulicę Batorego). O godzinie 9:25 spocony i brudny po całej nocy wpadłem na Rynek do pani Zofii.


Dziesięć minut przed czasem znalazłem się w kościelnej ławie. Świątynia wypełniona była po brzegi. Wszędzie widziało się urzędników z Wrocławia przepasanych żółto – czerwonymi szarfami. Na zewnątrz na ulicy Bandery stały autokary, samochody i busy delegacji. Kiedy wszedłem do kościoła byłem jedyną osobą z biało – czerwoną flagą. W tym samym momencie podszedł do mnie Polak z Wrocławia i powiedział, żebym ją schował "(...)bo to jest kościół". Nie mogłem uwierzyć w to co słyszę i delikatnie powiedziałem mu co o tym myślę. Usiadłem w ławce obok starszej mieszkanki Lwowa pochodzącej z Nowogródka. Po kilku minutach zjawił się Janek (znajomy, z którym byłem umówiony). Po raz kolejny spotkałem Panią Zamoyską, uśmiechnęła się na widok polskiej flagi. Mszę Świętą celebrował metropolita lwowski Mieczysław Mokrzycki. Podczas całej kościelnej uroczystości nie padło nawet jedno słowo, o tym że byli to polscy profesorowie. Ksiądz i inni mówili ciągle o "profesorach lwowskich uczelni". Po Mszy wszyscy przeszli na nieodległe Wzgórza Wuleckie. Na początku trzeba było się wspiąć po stromych schodach, a następnie przebrnąć przez błoto. Później okazało się, że pod sam pomnik mogą wchodzić tylko ludzie z zaproszeniami. Pierwotnie z przemówieniem miał wystąpić tylko Mer Lwowa Andrij Sadowy,  później wspaniałomyślnie dopuszczono do głosu Prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza, który „popełnił mistrzostwo świata” i powiedział, że zamordowani profesorowie „(…) w większości wykładali w języku polskim” (sic!). Na sam koniec do głosu doszedł Przewodniczący Rady Miejskiej Miasta Lwowa, nazwiska nie pamiętam, członek SWOBODY, jawnie nacjonalistycznej, probanderowskiej partii. Powiedział, że Polacy muszą zrezygnować z budowy pomników poświęconych polskim ofiarom UPA i mówił dalej o wielu rzeczach, które w żaden sposób nie były związane z tą podniosłą uroczystością. Doszliśmy do wniosku, że nie chcemy tego słuchać  i poszliśmy w stronę centrum.


Obaj z Jankiem dosyć dobrze znamy Lwów i chcielibyśmy zobaczyć coś czego jeszcze nie widzieliśmy. Zaproponowałem, żeby pójść na Górny Łyczaków, miejsce urodzenia Witolda Szolgini. Szliśmy sobie długą kichą Łyczakowskiej i doszliśmy do Parku Łyczakowskiego z pomnikiem Bartosza Głowackiego, jednego z niewielu polskich monumentów we Lwowie, które przetrwały do dzisiejszych czasów. Naprzeciwko parku znajduję się wybudowany w II RP, Kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej. W końcu wpadłem na pomysł, żeby zobaczyć Lwa z Cmentarza Orląt, który stoi gdzieś przy trasie na Winniki. Wsiedliśmy w załadowaną ludźmi marszrutkę i kazaliśmy się tam zawieźć. Za jakieś 3-4 km kierowca wysadził nas przy drodze i naszym oczom ukazał się ten słynny Lew, ten którego widziałem na wszystkich przedwojennych fotografiach i którego tak bardzo chciałem zobaczyć osobiście. Stał sobie na kamiennym cokole przy ruchliwej drodze na wschód, na Tarnopol. Naokoło las i on sam, wywieziony w to miejsce na początku lat 70 ubiegłego wieku, ze spiłowanymi pazurami i zmienionym motywem na tarczy. Jego twarz skierowana była w nasze lewo, więc był to ten, który stał po prawej stronie Łuku Chwały i miał na tarczy napisane: „TOBIE POLSKO”.


W drodze powrotnej przez Park Łyczakowski dostaliśmy się na Cmentarz. Janek wprowadził mnie tam tylną bramą. Przede mną wyrósł las, pełno zieleni, zwalonych starych drzew, a pomiędzy nimi stare polskie groby. W tym miejscu cmentarz znacznie różnił się od tego co zwykle się ogląda wchodząc głównym wejściem. Zaniedbane nagrobki, powyrywane, porysowane zdjęcia, przed polskimi grobami specjalnie, żeby je zasłaniały, ustawione ukraińskie, radzieckie nagrobki. Udało nam się dostać na „Górkę Powstańczą”. Pochowanych jest na niej kilkudziesięciu weteranów Powstania Styczniowego z 1863 roku. Odwiedziliśmy też miejsce śmierci Jurka Bitschana, jednego z najmłodszych Orląt. Po modlitwie na Cmentarzu Orląt i Grobie Nieznanego Żołnierza ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Ku naszemu zaskoczeniu przy głównym wejściu zauważyliśmy powstające miejsce pamięci dla zmarłych upowców i pomnik ku czci Romana Szuchewycza…

 

 

Dopisek redakcji:

Roman Szuchewycz  (ps. Taras Czuprynka)

 – jeden z głównych i najstraszniejszych sprawców „rzezi wołyńskiej”. Zastępca Bandery, „komandyr” UPA,  działający pod pseudonimem „Taras Czuprynka”- jak pisał o nim Edward Prus w swojej książce „Taras Czuprynka”: „hetman UPA i wielki inkwizytor OUN”, który - cytując wspomnianego autora - : „Zoologicznie nienawidził Polaków i to on wydał rozkaz żeby „Polaków w pień wycinać” – nie oszczędzając kobiet starców i dzieci. Był również autorem haseł: „Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy”, „albo będzie Ukraina, albo lechicka krew po kolana”. (kg)

foto: прес-служба Львівської міської ради


Lwowskie rocznice - Krzyk zapomnianych cmentarzy komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się