:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  21°C lekkie zachmurzenie

Radomskie wędrówki z historią - Poprowadzi nas Czachowski

Felietony, Radomskie wędrówki historią Poprowadzi Czachowski - zdjęcie, fotografia

„Nadszedł dzień 22 stycznia 1863 r. Byłem wtedy w szóstej klasie. O godzinie 7.00 wieczorem wśród głębokich mroków, przy wietrznej pogodzie, brnąc po błocie, ciągnęliśmy w stronę rogatki zachodniej. Na moście zebrało się nas około 40 uczniów z klasy szóstej i siódmej, wielu bowiem przysięgło, ale niewielu miało ochotę iść w słotę do lasu. (…) Po chwili poszliśmy dalej i spotkaliśmy grupę młodych urzędników oraz czeladzi rzemieślniczej. Złączyliśmy się z nimi, tworząc oddział około 100 ludzi i ruszyliśmy do Szydłowca”. Tak wspomina wymarsz z Radomia w pole jeden z uczestników powstania przeciw rosyjskiemu zaborcy – Marian Marynowski, wówczas gimnazjalista.

Nasze miasto znajdowało się w centrum planowanych działań, a mieszkańcy w większości popierali  program niepodległościowy stronnictwa tzw. „czerwonych”. Patriotyczną postawę radomianie demonstrowali już w latach 1860-61, masowo uczestnicząc w nabożeństwach za Ojczyznę oraz w śpiewach religijno-patriotycznych pod figurą Matki Boskiej obok kościoła bernardynów, których klasztor stał się ośrodkiem ruchu spiskowego. Tam 29 listopada 1860 r. w trzydziestą rocznicę powstania listopadowego odprawiona została uroczysta Msza święta, po której  w klasztornym refektarzu doszło do zawiązania pierwszej organizacji dziesiątkowej. Trzydziestu  wybranych i zaprzysiężonych zostawało dziesiętnikami. Zadaniem każdego z nich było zwerbowanie po dziesięciu nowych ochotników. Narodziła się tajna organizacja powstańcza.

Po wydarzeniach warszawskich z 25 i 27 lutego 1861 r. we wszystkich radomskich kościołach odprawiano żałobne nabożeństwa za pięciu zabitych. W Wielki Czwartek urządzono kocią muzykę pod oknami znienawidzonych osób – Rosjan i polskich służalców, a także wybito szyby w domach niektórych z nich. Od maja 1861 r. najczęstszą formą manifestacji były śpiewy pod figurą Maryi obok kościoła bernardyńskiego. Przewodzili im ojcowie: Jacenty Lewczuk, Paulin Domański oraz Benedykt Piotrowski. W Zielone Świątki pod figurą udekorowaną kwiatami i opatrzoną łukiem triumfalnym z napisem Królowo Korony Polskiej, módl się za nami, tłum nie tylko śpiewał pieśni narodowe, ale także wznosił antyrosyjskie hasła. Uczestnicy zostali rozpędzeni przez wojsko, a niektórzy aresztowani. Represje spotkały też zakonników. Hilary Kozierowski i Jacenty Lewczuk, głoszący płomienne i antyrządowe kazania, zostali zmuszeni do przesiedlenia do innych klasztorów.

Na pamiątkę wydarzeń warszawskich, z udziałem i zgodą bernardynów, na cmentarzu przyklasztornym 8 sierpnia 1861 r. usypano kopiec z kamieni utkanych mchem i postawiono krzyż z cierniową koroną okalającą tabliczkę z datami – 25,27 lutego 8,9 kwietnia 1861 r. Teraz to miejsce stało się ośrodkiem wieczornych zgromadzeń religijno-patriotycznych. Aktywność polityczna niektórych zakonników stawała się dla nich też źródłem tragedii. Bernardyna ojca Justyna Mielechowicza, którego z powodu treści kazania oskarżono o podburzanie ludu,  najpierw  uwięziono, za potem zesłano do guberni jenisejskiej na osiedlenie.

By zapobiec fali postaw antyrządowych, 14 października 1861 r. został wprowadzony stan wojenny. Jego skutkiem był m. in. zakaz zgromadzeń przy krzyżach i figurach, stawiania krzyży i figur, urządzania procesji bez zgody naczelnika wojennego okręgu. Do kościołów wkroczyli policjanci, których zadaniem było notowanie osób, które rozpoczynały zakazane śpiewy. Jeszcze przed wybuchem powstania dwaj zakonnicy, ojcowie Paulin Domański i Roch Klimkiewicz zostali uwięzieni i zesłani na katorgę na Syberię za przynależność do organizacji przygotowującej powstanie zbrojne. Wkrótce, po wybuchu powstania, ich los podzielił klasztorny gwardian ojciec Telesfor Zaborek. Został zesłany na zamieszkanie w guberni wołogodzkiej, a następnie do Wielkich Łuków, gdzie zmarł.

Komitet Centralny Narodowy, tajne ugrupowanie stawiające sobie za cel wywalczenie Polski niepodległej, powierzyło przygotowanie kadr i działań militarnych na terenie województwa sandomierskiego generałowi austriackiemu Marianowi Langiewiczowi. Przybył on do Radomia z Warszawy 13 stycznia 1863 r. w celu dokonania inspekcji stanu gotowości do powstania. Narada odbyła się w refektarzu klasztoru bernardynów. Okazało się, że zdeterminowanych do walki było tylko ok. 1,5 tysiąca ochotników, uzbrojenie stanowiło 200 kos, ponad 200 strzelb myśliwskich i kilkadziesiąt funtów prochu. Brakowało odzieży, butów, manierek, drągów do kos. Langiewicz zaplanował opanowanie Radomia po uprzednim zdobyciu okolicznych miejscowości, w których stacjonowały mniejsze garnizony. Ogromnie ważne było zyskanie w ten sposób broni, gdyż tej bardzo brakowało powstańcom. Atak na rotę saperów w Jedlni w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 r. przeprowadzony przez Narcyza Figietiego zakończył się sukcesem. Sołdatów rosyjskich rozbrojono i zagarnięto 40 karabinów.  Akcją na Szydłowiec dowodził osobiście Langiewicz. Jednakże mimo że miasteczko zdobyto, to po pięciu godzinach zostało odbite przez wzmocnione oddziały rosyjskiej piechoty. Garnizonu w Bodzentynie w ogóle nie udało się zdobyć. Pomimo braku spektakularnych sukcesów, nawet niewielkie zwycięstwa dawały powstańcom nadzieję, że wroga można pokonać. Tymczasem Naczelnik Wojenny Radomskiego Okręgu Wojskowego generał-lejtnant Uszakow zdecydował o koncentracji podległych sobie oddziałów w miastach o znaczeniu strategicznym. Do Radomia więc przybyły pododdziały Mohylewskiego pułku piechoty, dwie sotnie kozaków oraz szwadron dragonów. To przesądziło o odstąpieniu przez Langiewicza od planu zdobycia miasta. Walki przeniosły się w rejon Gór Świętokrzyskich, a Radom i okolice stały się zapleczem do formowania oddziałów powstańczych, ich ekwipowania oraz furażowania.

Wielu radomian znalazło się w III batalionie strzelców, nad którym dowództwo Langiewicz powierzył Dionizemu Czachowskiemu. Otrzymali oni w Wąchocku sztandar wyhaftowany przez Jadwigę Prendowską. Bili się mężnie 1 i 2 lutego 1863 r. pod Błotem koło Suchedniowa oraz pod Bzinem pokonując rosyjskich dragonów. Zginął wtedy pierwszy radomski gimnazjalista – szesnastoletni Jurkowski. To właśnie Czachowski powrócił wiosną  na ziemię radomską i rozpoczął wojnę partyzancką z przeważającymi liczebnie siłami wroga. Operując w pobliżu Radomia bezustannie angażował znajdujących się tam Rosjan do organizowania pościgów za nim. Staczał z nimi zwycięskie bitwy i potyczki. Sukcesem zakończyły się starcia pod Stefankowem, Borią, Jeziorkiem, Radzanowem i Bobrzą. Zyskał nawet miano „Krwawego Starca”, gdyż był bezwzględny. Rosyjskich jeńców, w tym oficera, potrafił powiesić. Wykazywał się okrucieństwem wobec chłopów, którzy nie sprzyjali powstaniu lub co gorsza wysługiwali się Moskalom. Nie miał litości dla mało gorliwych członków własnego oddziału.

Mieszkańcy Radomia 19 kwietnia mogli przeżywać radość z sukcesu innego oddziału – kapitana Ludwika Michalskiego, którego kosynierzy we wsi Grzybowa Góra koło Mirca rozbili doszczętnie tylną straż kolumny generała Czengierego. Widziano wówczas wchodzących do miasta grupami Rosjan pokrwawionych, zakurzonych i częściowo bez broni. Nie mniejszy entuzjazm wzbudziła wieść o zwycięstwie we wsi Kowala Stępocina, nieomal na przedmieściach Radomia. Połączone oddziały pułkownika Władysława Eminowicza i Kajetana Ćwieka-Cieszkowskiego początkowo zaskoczone atakiem rosyjskich dragonów i trzech rot piechoty, osaczone podjęły jednak walkę. „Rozkosz było patrzeć jak szli na bagnety, w których blask pożarów odbijał krwawe refleksy. Na paręset kroków przed wsią, bagnety pochyliły się i z gromkim – Jeszcze Polska nie zginęła! - kolumna runęła pędem”. Rosjanie zostali rozbici. Zginęło ich ponad stu, a reszta bezładnie uciekała do Radomia. Tak oto dzień 21 sierpnia 1863 r. zapisał się piękną kartą w historii naszego regionu.

Zwycięskie boje przeplatały się z ogromnymi klęskami i dramatami. Wielkim nieszczęściem dla Polaków była nieoczekiwana śmierć Dionizego Czachowskiego. Napadnięty we wsi Jawor Solecki przez oddział dragonów porucznika Assiejewa, został rozsiekany szablami. Ciało wodza obwożono na chłopskiej furmance po okolicznych miasteczkach, a w końcu wystawiono w Radomiu na widok publiczny, by Polacy wiedzieli jaki los spotka miatieżników.

Mimo to powstańcze oddziały nadal prowadziły walki, a swoje kryjówki miały w otaczających lasach: przysuskich, opoczyńskich, iłżeckich, szydłowieckich oraz w Puszczy Kozienickiej. Ostatnimi śladami aktywności powstańczej na ziemi radomskiej była potyczka partii Malinowskiego z kozakami  pod wsią Molendy w kwietniu 1864 r. oraz bój z sotnią kozaków, jaki stoczył pod Klimami sześćdziesięcioosobowy oddział, należący do pułku Jana Rudowskiego, a dowodzony przez kapitana Waltera. Malinowski i Rudowski jako jedni z ostatnich schodzili z placu powstańczego boju. 4 maja 1864 r. Rudowski wskutek ogólnego załamania się powstania oraz  silnego nasycenia terenu wojskami rosyjskimi, rozwiązał oddział.

Powstanie upadło, a klasztor Ojców Bernardynów w Radomiu został na mocy ukazu carskiego zamknięty w nocy z 27 na 28 listopada 1864 r. Zakonników pod eskortą wojskową przewieziono do Paradyża na wymarcie. Bernardyni powrócili do Radomia dopiero w 1936 r.

Przyklasztorny kościół pełni dziś funkcję powstańczego sanktuarium. Spoczywają w nim szczątki narodowego bohatera – Dionizego Czachowskiego. Pogrzebany został początkowo w tajemnicy w Bukównie, pod osłoną nocy i w asyście kozaków, których konie zadeptały grób i zrównały go z ziemią. Dopiero w niepodległej Polsce zrodziła się inicjatywa godnego pochówku. Wódz spoczął 30 października 1938 r. w mauzoleum specjalnie w tym celu wzniesionym przed kościołem bernardynów. Niestety, niemieccy okupanci nakazali w 1940 r. zburzyć pomnik. Polacy sprytnie go rozebrali numerując części, zaś trumienkę z prochami ukryto u bernardynów w wykopie na przewody grzewcze. Po wojnie władza ludowa odbudowała pomnik w innym miejscu, z dala od kościoła i z orłem zamiast krzyża na szczycie. By nie włączać duchowieństwa w uroczystości pozostawiono trumienkę ze szczątkami u bernardynów. Dopiero 21 marca 1981 r. pochowano Czachowskiego po raz trzeci, tym razem godnie w sarkofagu, w poświęconym miejscu.

Jest w kościele tablica ku pamięci innego bohatera powstania – Zygmunta Chmieleńskiego, który został w Radomiu stracony. Rozstrzelano go i pochowano bezimiennie na terenie dawnych koszar. Jest na przyklasztornym cmentarzu krzyż w miejscu tego z 1861 r., umieszczonego na kopcu, krzyż który został porąbany przez kozaków, a kopiec zrównany z ziemią. Jest figura Matki Bożej z 1858 r., przed którą modlono się o pomyślność naszego kraju i nadal można to czynić.

Mamy też miejsca pamięci tam, gdzie ginęli masowo powstańcy – krzyż przy ulicy Warszawskiej oraz obelisk przy Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej, na którego terenie przed laty grzebano bezimiennie tych, co składali Ojczyźnie największą ofiarę, ze swojego życia.

 

Piotr Bors


Radomskie wędrówki z historią - Poprowadzi nas Czachowski komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się