:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  21°C słabe opady deszczu

Radomskie wędrówki z historią - Razem z "warchołami"

Felietony, Radomskie wędrówki historią Razem

Ostatnio pojawiły się informacje, że na film Jacka Gwizdały „Klecha”, którego bohaterem jest ksiądz Roman Kotlarz, w końcu znalazły się pieniądze w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej w kwocie 2 mln zł. Projekt wsparła też radomska Rada Miejska zapisując na ten cel w budżecie 900 tys. zł. Cieszy, że miasto staje się współtwórcą ambitnego przedsięwzięcia kulturalnego.Wielu mieszkańców Radomia z niecierpliwością wyczekuje tego filmu, którego premierę zaplanowano na 17 października 2018 r. w 90. rocznicę urodzin księdza Kotlarza. Gwiazdorska obsada, z udziałem m. in. Ireneusza Czopa, Piotra Fronczewskiego, Artura Żmijewskiego, Danuty Stenki, Jana Peszka, Adama Ferencego, Krzysztofa Globisza, Roberta Gonery, Olgierda Łukaszewicza czy Wojciecha Pszoniaka, zapowiada powstawanie ważnego i dobrego filmu.


Czy radomianie pamiętają kim był Roman Kotlarz? Urodził się w 1928 r. w Koniemłotach niedaleko Staszowa w rodzinie chłopskiej. Choć był „zdolności średnich”, jak określił to Rektor Częstochowskiego Seminarium Duchownego, dzięki uporowi w dążeniu do celu, zdał maturę w Krakowie i ukończył Seminarium w Sandomierzu, dokąd się przeniósł. Święcenia kapłańskie otrzymał 30 maja 1954 r. z rąk biskupa Jana Kantego Lorka.
Pierwszą parafią, do której został posłany, był Szydłowiec. Wikary ujął ludzi skromnością swoich potrzeb. Mieszkał w pokoju wyposażonym jedynie w stół, dwa krzesła i łóżko polowe. Biednych wspomagał datkami z kolędy, a sam chodził w zniszczonej sutannie. Wiernych, także z sąsiednich parafii, przyciągały jego płomienne kazania. Już wtedy naraził się władzom PRL-u, które  wystosowały pismo do Kurii Diecezjalnej w Sandomierzu z ostrzeżeniem, że jeśli kazania księdza Kotlarza będą wchodzić w kolizję z obowiązującym prawem, Wojewódzka Rada Narodowa zwróci się do Kurii o usunięcie duchownego ze stanowiska kościelnego. Oskarżono księdza o naruszenie dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania kazaniem na temat: „Moja wiara w praktyce życiowej”. Biskup, prawdopodobnie chcąc chronić księdza przed represjami, przeniósł go do parafii Żarnów w Koneckiem, a potem do Koprzywnicy. Tam ponownie stał się solą w oku władzy, która zażądała nie tylko jego usunięcia ze stanowiska, ale i zakazała kierowania go do ośrodków miejskich lub podmiejskich. Zarzucono księdzu, że ten „wypowiada różne złośliwe dygresje pod adresem obecnego ustroju i władz państwowych”. Według oskarżających uczynił to na lekcji religii w szkole, podczas dwóch kazań w kościele oraz... do rodziców w zakrystii. Na kolejnej parafii w Mircu zaprotestował przeciwko wyrzuceniu religii ze szkół, co miało miejsce w 1959 r. Zebrawszy dzieci nauczał je w przydrożnym rowie obok szkoły. Stamtąd przeniesiony do Kunowa, a potem do Nowej Słupi, trafił wreszcie do podradomskiego Pelagowa. Parafia zasłynęła z wielkich uroczystości religijnych: dożynek i procesji, na które przybywały autami, autokarami i furmankami tłumy wiernych, zwłaszcza z dawnych parafii księdza Kotlarza.  W maju 1970 r. wobec księdza Kotlarza wszczęto „postępowanie w sprawie szkodliwej dla Państwa działalności”, o czym zawiadomiono Kurię w Sandomierzu. Prawdopodobnie chodziło o treści podsłuchanych przez tajniaków kazań, a także zaangażowanie księdza w gorszący wiernych konflikt w Wierzbicy, w którym stanął po stronie biskupa sandomierskiego, broniąc go m. in. przed ukamienowaniem przez parafian, a w opozycji do zbuntowanego kapłana Kosa. Konflikt stawiający Kościół, a zwłaszcza duchowieństwo w złym świetle, był na rękę komunistom. Niepokornego księdza spotykały liczne szykany. Jedną z nich były grzywny nakładane na niego z lada powodu. Już latem 1967 r. jedna z parafianek zauważyła chodzących wczesnym rankiem koło plebanii nieznanych mężczyzn, którzy stukali do drzwi. Ksiądz nie żalił się na te nachodzenia nigdzie, ale o wizycie tajnej MO nadmienił w 1972 r. w prowadzonej przez siebie „Księdze czynności proboszcza”, gdzie jako powód wizyty podał pobicia.
25 czerwca 1976 r. przyjechał do Radomia, jak zwykle na obiad, który jadał w stołówce dla księży prowadzonej przez siostry zakonne przy ul. Wałowej w parafii św. Jana Chrzciciela. Zobaczył pochód robotników z Zakładów Metalowych Waltera zmierzających w stronę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Porwany ludzką falą dotarł z nimi do kościoła św. Trójcy i tam ich opuścił, pobłogosławiwszy uprzednio ze schodów przed świątynią „tym dzieciom, które pragną chleba powszedniego”. Księdza widziano także na ul. Kościuszki oraz na Placu Konstytucji, gdzie zgromadzili się robotnicy. Wiemy, że obecność kapłana umacniała protestujących. Po południu powrócił do Pelagowa.
Dowiedziawszy się o brutalnych represjach uczestników wydarzeń w Radomiu, upominał się o skrzywdzonych w swoich kazaniach, czym kolejny raz naraził się władzy organizującej wiece potępiające radomskich „warchołów”. 11 lipca mówił z ambony: „Ukochani, jesteśmy zobowiązani wobec tych naszych braci Polaków, którzy w tej chwili ogromnie cierpią katorgi. Nie wolno nam milczeć. Nie wolno nam nie modlić się za nich.” Dzień później został wezwany do prokuratury na rozmowę ostrzegawczą, zaś do Kurii wpłynęło pismo Wydziału do Spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Radomiu o jego „przestępczej” działalności. Nasiliły się również nachodzenia i pobicia księdza przez tzw. nieznanych sprawców. Oprawcy mówili, że to za „bałamucenie robotników”. Zachowało się kilkanaście relacji osób potwierdzających te zdarzenia, które widziały tajemniczych osobników, samo bicie lub czarnosine plecy księdza, które słyszały jego krzyki. Zastraszany kapłan doznał rozstroju nerwowego, co stało się zauważalne dla jego przełożonych. Często płakał, bał się, stał się nieufny nawet wobec osób bliskich i życzliwych. 15 sierpnia w czasie Mszy Świętej zasłabł i stracił przytomność. Następnego dnia został pacjentem Szpitala Psychiatrycznego w Krychnowicach z rozpoznaniem nerwicy uogólnionej, przewlekłego nieżytu żołądka oraz zapalenia wątroby. Później rozpoznano jeszcze krwotoczne zapalenie płuc. Roman Kotlarz zmarł 18 sierpnia. Po jego śmierci dwukrotnie (w 1982 r. i 1991 r.) prowadzono śledztwo w sprawie przyczyn śmierci, a zwłaszcza roli „nieznanych sprawców”, których metody działania wskazują na pracowników Służby Bezpieczeństwa. Postępowania zakończyły się umorzeniem.
Ksiądz Kotlarz został pochowany, zgodnie ze swoją wolą, w Koniemłotach w rodzinnym grobie. Nie został jednak zapomniany. Komitet Obrony Robotników w wydawanych przez siebie komunikatach ogłosił publicznie, że ksiądz jest ofiarą wypadków czerwcowych. Radomska „Solidarność”, jako jeden z głównych postulatów w rozmowie z władzami, wysunęła żądanie wyjaśnienia tajemniczej śmierci księdza. I było widoczne, że ten temat jest dla władzy bardzo niewygodny, jakby rzeczywiście coś było na rzeczy. Niechęć do zajęcia się problemem, straszenie prokuratorem osób głoszących odmienną od oficjalnej wersję przyczyn śmierci księdza – tak nerwowo reagowano na próby dociekania prawdy. Wątpliwe czy tę prawdę będzie można jeszcze kiedykolwiek ustalić. Zostanie za to legenda o kapłanie z niezłomnym sumieniem.


Piotr Bors


Radomskie wędrówki z historią - Razem z "warchołami" komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się