:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  15°C rozproszone chmury

„Trzeba przełamywać strach” - mówi Dariusz Wawer, najbardziej utytułowany polski wakeboardzista

Małgorzata Stasiak: - Zanim porozmawiamy o Pana przygodzie z wakeboardem, chciałam najpierw zapytać o samą dyscyplinę. W Internecie nie ma zbyt wielu informacji na jej temat, za to jest dużo zdjęć i filmików. Proszę przybliżyć, na czym polega ten sport wodny?

Dariusz Wawer: - Wakeboard to stosunkowo młoda dyscyplina w naszym kraju, ma ok. 20 lat. To jest coś podobnego do snowboardu, tylko że na wodzie.  Jest to ekstremalny sport wodny. W skrócie polega to na tym, że płynie się na desce, trzymając się liny przymocowanej do łodzi. Ta łódź wytwarza specjalną falę, na którą należy wpłynąć. Następnie tworzy się ciśnienie, dzięki któremu człowiek wybija się w powietrze i tworzy różnego rodzaju ewolucje. Tych ewolucji jest kilka, każda ma swoją nazwę, ale ja mówię na nie po prostu fikołki. Są m.in. inverty – obroty w przód i w tył lub spiny – obroty wokół własnej osi. Jest też ewolucja, która łączy invert ze spinem, ale to są już bardzo trudne rzeczy. Pływa się od  35 do 41 km/h, a przy wybiciu osiąga się prędkość nawet do 60km/h. Ogólnie w tym sporcie nie da się nikogo skopiować, każdy ma swoją indywidualną osobowość, większe lub mniejsze predyspozycje. Każdy zawodnik ma swoją prędkość, długość liny, każdy szuka sobie najodpowiedniejszych warunków, by dojechać do tej fali, i później się wybić.

 

- Jak zaczęła się Pana przygoda z tym sportem? To była Pana pierwsza taka dyscyplina czy trenował Pan coś wcześniej?

- Nie, nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z podobnymi sportami, ani ze snowboardem, ani z surfingiem. Wszystko zaczęło się spontaniczni. W 2003 roku pojechałem nad zalew w Domaniowie spotkać się ze znajomymi i popływać na skuterze wodnym. Wpadliśmy na pomysł, by przy okazji spróbować popływać na nartach wodnych. Na tyle mi się to spodobało, że postanowiłem kupić własny skuter i częściej przyjeżdżać do Domaniowa. Pewnego razu kolega pokazał mi deskę do wakeboardingu, którą kupił w Warszawie. Zaczęliśmy oglądać jakieś filmiki właśnie z wakeboardingiem, na których zawodnicy prezentowali powietrzne ewolucje. Byłem tym zachwycony. Pomyślałem: „Torpeda - latasz w powietrzu, kręcisz się, to musi być niesamowite przeżycie”. Postanowiliśmy spróbować, ale był mały problem. Wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, z „czym to się je”, a w Polsce nie było nikogo, kto by nam pokazał. Wyjechaliśmy zagranicę, by tam uczyć się pierwszych tricków. Po szkoleniu w dużym ośrodku w Holandii wróciliśmy do Domaniowa i rozpoczęliśmy swoje pierwsze treningi.

 

- Można więc powiedzieć, że jest Pan pioniorem, jeśli chodzi o tę dyscyplinę nie tylko w Radomiu, ale też i w Polsce.

- Zdecydowanie. Wszystkiego uczyłem się sam, metodą prób i błędów. Teraz ci, co chcą trenować wakeboard, mają od kogo zdobywać wiedzę. Ja tego komfortu nie miałem.

 

- Nie bał się Pan? W końcu to sport ekstremalny, wszystko może się wydarzyć…

- Oczywiście, że się bałem. Nie znam zawodnika, który by się nie bał. To nie jest bezpieczna dyscyplina. Jeżeli dojdzie do zderzenia z wodą, a te zderzenia są bardzo silne, to zazwyczaj dochodzi do poważnych urazów. Najbardziej narażone są kolana, kręgosłup, bark i głowa. Traci się przytomność, dochodzi do wstrząsu mózgu czy złamań. Przykładowo, przy nieudanej próbie wykonania jednego numeru owinęła mi się lina wokół ręki. Szarpnięcie przez łódkę było tak silne, że ściągnęło mi całą skórę z ręki. Dobrze, że mój kolega w porę zatrzymał łódź. Poza tym miałem także pęknięte żebro, wstrząs mózgu, urazy bębenka w uchu. Jesteśmy świadomi, że jest to niebezpieczny sport, ale z drugiej strony myślę, że właśnie o to, w tym wszystkim chodzi przełamywać bariery i pokonywać strach.

 

- Dlatego też, mimo kontuzji, nie zaprzestał Pan treningów. I co najważniejsze, z czasem zaowocowało to sukcesami.

- To prawda, gdy ktoś raz spróbuje, zasmakuje tej adrenaliny, to nie tak łatwo mu przestać. Jak już wspomniałem, szkoliliśmy się sami, ale od słowa do słowa doszliśmy ze znajomymi do wniosku, że dobrze by było stworzyć jakieś stowarzyszenie, skupiające pasjonatów sportów wodnych. Tak w 2012 roku powstało Radomskie Stowarzyszenie Sportów Wodnych. Zaczęliśmy od startów w Polsce, w mistrzostwach Polski, raz zdobyłem wicemistrzostwo Polski, potem też, rywalizując nawet z dużo młodszymi od siebie osobami, zajmowałem czołowe pozycje. W 2013 roku pojawiło się przed nami kolejne wyzwanie, mianowicie zorganizowaliśmy w Domaniowie mistrzostwa Europy. To była pierwsza tego typu impreza sportowa w Polsce. Przyjechało na nie ok. 120 zawodników z całej Europy. Wydarzenie zakończyło się ogromnym sukcesem, nie tylko ze względu na zdobyty przeze mnie brązowy medal, ale też pod kątem organizacyjnym. Do tej pory, jak gdzieś jadę, to ciągle wspominają Polskę, to, jak postaraliśmy się z organizacją, jak zaskoczyła ich nasza gościnność. Nie brakowało sportowych emocji i akrobatyki na najwyższym poziomie. Cały czas towarzyszyła nam piękna pogoda. W 2014 roku zdobyłem też drugi brązowy medal na mistrzostwach Europy w Portugalii, a w tym roku na mistrzostwach świata w Argentynie zdobyłem szóste miejsce, co uważam za niesamowity sukces. Poza mną w Radomiu są jeszcze dwie osoby, którym udało się zdobyć medale na szczeblu krajowym, ale jako zawodnik w Polsce mam największe osiągnięcia.

 

- Dziś trenuje Pan też inne osoby. Jak wygląda taki trening?

- Ten sport, jak każda inna rzecz, ma fundament. Jeżeli robi się te podstawy dobrze, to można przejść do wykonywania tricku. Najpierw robi się pół obrotu, potem cały obrót i na koniec półtora obrotu. Wszystko powoli, żeby się nie zrazić, bo nad jednym elementem można pracować nawet kilka lat. Można mieć niesamowitą sprawność fizyczną, ale żeby się nauczyć podstaw, czasami potrzeba nawet dwóch, trzech lata. Mi też nie wszystko od razu wychodziło. Trzeba uwierzyć, że to da się zrobić i pracować nad tym. Ze względu na pogodę, sezon w naszym kraju trwa ok. 5 miesięcy. Trenujemy nad zalewem w Domaniowie. A na treningi przyjeżdżają do mnie ludzie z całej Polski i w różnym wieku. Jest bardzo dużo dzieci. Najmłodsza osoba, która stanęła na desce, miała cztery lata. W tej chwili w Polsce mamy ok. 3 tysięcy zawodników, w Radomiu ok. 300.

 

- Warto dodać, że ta dyscyplina do najtańszych nie należy.

- To prawda, żeby zacząć trenować, trzeba „trochę” zainwestować. W grę wchodzi zakup m.in. deski, liny, kamizelki ochronnej, jest to koszt nawet kilku tysięcy złotych. Jeśli ktoś chce wypożyczyć łódź, to jest koszt kilkuset złotych za godzinę, jeśli chce kupić, to musi przeznaczyć na to kilkaset tysięcy złotych. Łódź pali na godzinę ok. 60 l, więc to też jest spory wydatek. Na szczęście można w tym sporcie liczyć na wsparcie sponsorów, ja mam akurat kilku, ale to nie przyszło „tak o”. Najpierw były sukcesy, dopiero potem wsparcie.

 

- Na zakończenie, przed nami kolejna ważna impreza na akwenie w Domaniowie, tym razem Mistrzostwa Polski WAKEBOARD&WAKESKATE za motorówką 2018. Możemy liczyć na spore emocje?

- Oczywiście, to są widowiskowe, wiec tych wrażeń z pewnością nie zabraknie. Wciąż można zgłaszać się do udziału. Zachęcamy do uczestnictwa zawodników z całej Polski, a kibiców do dopingowania. Zgłoszenia i regulamin znajdują się na stronie internetowe Radomskiego Stowarzyszenia Sportów Wodnych.


„Trzeba przełamywać strach” - mówi Dariusz Wawer, najbardziej utytułowany polski wakeboardzista komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się