Radom i okolice Społeczeństwo Wyróżnione Wywiady

Waldemar Trelka: Nasze szpitale są na krawędzi bankructwa. Rząd umywa ręce

Starosta radomski Waldemar Trelka od dłuższego czasu alarmuje o dramatycznej sytuacji szpitali powiatowych w Iłży i Pionkach. W rozmowie z Adamem Szabelakiem otwarcie mówi o przyczynach lawinowo rosnącego zadłużenia, roli NFZ i rządu oraz o tym, dlaczego szpitale powiatowe mogą nie przetrwać w obecnej formie.

Panie Starosto, od dłuższego czasu alarmuje Pan o dramatycznej sytuacji szpitali powiatowych. Kiedy ta sytuacja się zaostrzyła? Jeszcze w latach 2020–2022 mówiono o pewnej równowadze finansowej.

W tamtym okresie straty były znacznie mniejsze. Amortyzacja inwestycji pozwalała „zerować licznik”. Gdyby rok temu dyrektorzy powiedzieli mi, że szpital w Pionkach skończy rok ze stratą 5 milionów złotych, nie wyraziłbym zgody na taką pomoc. Faktem jest, że w służbie zdrowia nigdy nie było przesytu pieniędzy. Jednak w ostatnich siedmiu latach przede wszystkim inwestowaliśmy w nasze dwa szpitale powiatowe oraz ich wyposażenie. Podnosiliśmy standardy leczenia z bardzo niskiego poziomu, dosłownie z „minus dziesięć” na zero. Szpitale musiały spłacić stare zobowiązania, wyremontować i wybudować nowe obiekty. Dzięki temu dziś mamy dwa nowoczesne szpitale. W Pionkach powstał praktycznie nowy szpital (choć formalnie mówimy o przebudowie i remoncie), a w szpitalu w Iłży zainwestowaliśmy blisko 40 milionów złotych w remonty oddziałów i poprawę standardów.

Jednocześnie pomagaliśmy szpitalom utrzymywać płynność finansową, zwłaszcza po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zakazał samorządom bezpośredniego finansowania bieżącej działalności leczniczej. Zastosowaliśmy wtedy system pożyczek na 0 procent, które szpitale częściowo spłacały, a później należność umarzaliśmy. Oba szpitale w ostatnich latach otrzymały w sumie ponad 30 milionów złotych. To są naprawdę duże pieniądze.

A jaka jest sytuacja dziś?

Za 2025 rok szpital w Iłży miał stratę rzędu 4,7 miliona złotych złotych, a w Pionkach – blisko 5 milionów złotych długów wymagalnych, do zapłaty „na wczoraj”. Na najbliższej sesji Rady Powiatu będziemy musieli przyznać szpitalom kolejne pożyczki, żeby „wyzerować licznik” za poprzedni rok. To jednak w minimalnym stopniu pomoże im przetrwać do końca 2026 roku.

Przyczyna jest bardzo prosta – oba szpitale co miesiąc generują stratę na poziomie blisko 3 milionów złotych (ok. 1,7–1,8 mln zł w Pionkach i 1,1–1,2 mln zł w Iłży). Przy tym tempie na koniec 2026 roku strata może sięgnąć więc 30–40 milionów złotych. Obawiam się, że szpitale po prostu nie dotrwają do końca roku w obecnej formie.

Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze – dramatycznie zaniżona wycena procedur przez Narodowy Fundusz Zdrowia, a ostatnio nawet te głodowe stawki są jeszcze bardziej obcinane. Szpitale powiatowe mają wysokie koszty stałe, ponieważ wymogi i standardy narzucone przez NFZ są takie same, jak w dużych klinikach czy szpitalach wojewódzkich. Przy budżecie 50–60 milionów złotych koszty stałe w przeliczeniu na pacjenta są znacznie wyższe niż w placówkach z budżetem miliarda czy dwóch.

Po drugie – bardzo wysokie oczekiwania finansowe personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy o poszukiwanych czy rzadkich specjalizacjach. W szpitalach powiatowych stawki godzinowe sięgają 300–700 zł. Z kolei brak lekarza oznacza utratę kontraktu z NFZ i dalsze pogłębienie problemów. Dyrektorzy muszą więc godzić się na to, co proponuje rynek, albo zamykać oddziały, do których pacjenci czekają na miejsce w kolejce.

Dodatkowo lawinowo rosną koszty energii, leków, serwisu sprzętu. Szpitale dostają z NFZ kwotę, do której muszą dołożyć jeszcze 3–7 proc., żeby w ogóle wypłacić pensje, od salowych po dyrekcję. Tymczasem od 1 lipca 2026 r. dochodzą kolejne podwyżki wynagrodzeń – blisko 9 proc. Paradoks tego systemu polega więc na tym, że im więcej szpital pracuje, tym większą generuje stratę.

Czy grozi nam upadłość szpitali w Iłży i Pionkach? Jaka jest perspektywa?

Takie ryzyko jest coraz bardziej realne. Jeśli nic się nie zmieni, to wierzyciele (pracownicy, dostawcy leków, energii, usług) ustawią się w kolejce, a komornicy zaczną egzekucje. Szpital będzie mógł pracować tylko na 30–40 proc. mocy, bo nie będzie miał leków, tlenu czy innych środków.

Szpital jest wprawdzie samodzielnym podmiotem, ale jego majątek (budynki, ziemia, sprzęt) należy do powiatu. W pewnym momencie wierzyciele zaczną więc naciskać na starostę, żeby podjąć uchwałę o likwidacji placówki, co umożliwi licytację należności. Póki jestem starostą, to takiej uchwały nigdy nie położę na stole. Ale scenariusz jest groźny: albo dzika prywatyzacja, albo niszczenie czy wręcz roztrwonienie majątku.

Czy to nie jest po prostu nieuniknione w starzejącym się społeczeństwie i przy wyludnianiu regionów?

Rozumiem te argumenty. Właśnie dlatego zlikwidowaliśmy dwie porodówki, w których liczba porodów była znikoma, a koszty dramatycznie rosły, przekształcaliśmy też inne deficytowe oddziały – to były trudne, niepopularne decyzje. Tymczasem społeczeństwo się starzeje i właśnie w powiatowych szpitalach – z chirurgią, oddziałem wewnętrznym, rehabilitacją – jest największe zapotrzebowanie na opiekę i leczenie. Ludzie nie powinni jeździć 50–100 km na podstawowe leczenie. Na miejsce w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym czeka się 3–5 miesięcy, ale jednocześnie NFZ nie wyraża zgody na przekształcanie innych oddziałów w ZOL-e, tłumacząc to brakiem środków.

To obecny rząd sprawił, że Polska ma ponad 2 biliony złotych długu publicznego i codziennie zadłuża się o kolejne 2 miliardy. Nawet tak wielkie zadłużenie nie usprawiedliwia jednak niszczenia opieki zdrowotnej. Szpitale powiatowe są niezbędne.

Ponad 700 pracowników szpitali w Iłży i Pionkach – czy powinni się obawiać o pracę?

To kilkaset rodzin, w sumie kilka tysięcy osób, które mają prawo czuć się zagrożone. Chcemy utrzymać zatrudnienie tak długo, jak to możliwe. To jednak rząd nie stwarza żadnych warunków do funkcjonowania szpitali powiatowych, a wręcz robi wszystko, by rękami starostów zamykać oddziały i placówki.

Widzi Pan paradoks w inwestycjach w ochronę ludności (agregaty, karetki, sprzęt), gdy podstawowe szpitale toną?

Jesteśmy w programie „Szpitale przyjazne wojsku”, dostaliśmy dwie karetki oraz dodatkowy sprzęt i to też jest potrzebne. W ostatnich latach powiat wyłożył ponad 150 milionów żywej gotówki na inwestycje w szpitale, ich budynki i sprzęt. Co z tego, skoro podstawowa płynność finansowa leży? Najpierw musi być zdrowie i opieka nad człowiekiem, potem reszta. Inaczej całe gadanie o odporności społecznej to tylko czysty PR.

Jakie systemowe zmiany są potrzebne, żeby uratować szpitale powiatowe? Prowadzi Pan jakieś rozmowy z rządem lub NFZ?

Po pierwsze – realny wzrost wyceny procedur, żeby kontrakt z NFZ wystarczał przynajmniej na pokrycie kosztów płac i podstawowej działalności. Po drugie – rząd i minister finansów muszą zagwarantować NFZ środki na zapowiedziane podwyżki, chociaż na razie NFZ ma ok. 26 mld zł deficytu za 2026 r. Po trzecie – trzeba skończyć z patologią, w której lekarz pracuje rano w publicznym szpitalu, a po południu przyjmuje w prywatnym gabinecie, przerzucając koszty np. diagnostyki pacjenta na NFZ.

Publiczne pieniądze na ochronę zdrowia idą również do podmiotów prywatnych. Przykładem są tzw. łóżka wentylowane w ZOL-ach. NFZ woli kontraktować je u prywatnych operatorów, choć szpitale publiczne mają na to ogromne zapotrzebowanie i wolne moce. I nikomu to nie przeszkadza. Jesteśmy bardzo aktywni w Związku Powiatów Polskich, braliśmy udział w ogólnopolskich protestach, rozmawialiśmy wielokrotnie z mazowieckim NFZ, ale to nie przynosi żadnego rezultatu. Rząd umywa ręce i mówi wprost: „to problem samorządów”.

Dziękuję za rozmowę.

Całość wywiadu została zautoryzowana przez rozmówcę.