– Konsekwentnie budujmy swoją lokalną tożsamość oraz autentyczną dumę z tego, że jesteśmy Radomianami. Nie jesteśmy Mazowszanami – jesteśmy Radomianami. Dbajmy o tę świadomość i wspólnie budujmy głębokie przekonanie, że te zmiany są nie tylko głęboko potrzebne, ale również całkowicie możliwe do zrealizowania – mówił dr Łukasz Zaborowski w rozmowie z Oskarem Klichem. W trakcie rozmowy ekspert Instytutu Sobieskiego, geograf, planista i wiceprezes Radomskiego Towarzystwa Naukowego poruszył m.in. kwestie tożsamości regionalnej Ziemi Radomskiej, skutków reformy administracyjnej z 1999 roku oraz swojej propozycji podziału województwa mazowieckiego na trzy nowe jednostki.
Panie doktorze, jest Pan geografem, planistą, ekspertem Instytutu Sobieskiego, wykładowcą akademickim oraz wiceprezesem Radomskiego Towarzystwa Naukowego. Jak narodziła się u Pana pasja do geografii i planowania, która doprowadziła Pana do tego miejsca w karierze zawodowej?
To bardzo ciekawa historia, ponieważ geografią interesowałem się dosłownie od dziecka. Ta pasja zrodziła się prawdopodobnie z faktu, że mój tata był aktywnym działaczem PTTK w Radomiu – wówczas mówiło się jeszcze o działalności w strukturach przy Zakładach Metalowych „Łucznik”, wtedy „Walter”. Wspólnie jeździliśmy na niedzielne wycieczki krajoznawcze po regionie. Zwiedzaliśmy Góry Świętokrzyskie oraz bliższe i dalsze okolice Radomia. To było dla mnie fascynujące przeżycie. Odkąd pamiętam, uwielbiałem też analizować mapy. Cały ten proces zaczął się więc od fascynacji Radomiem i otaczającym go regionem. Później, na kolejnych etapach życia, ta ścieżka rozwijała się naturalnie, aż w końcu świadomie uznałem, że właśnie tym chcę się zajmować zawodowo. W geografii najbardziej pociąga mnie kwestia podziału terytorialnego państwa.
Moje zainteresowanie tą dziedziną ma również podłoże osobiste, ponieważ Radom jako miasto został potwornie poszkodowany przez ostatnią reformę administracyjną. Mało który ośrodek w Polsce doświadczył tak negatywnych skutków tamtych decyzji. Zajmowanie się tym tematem traktuję więc jako osobiste zobowiązanie, ale też jako działanie dla dobra kraju. Uważam, że sprawy publiczne w Polsce wymagają uporządkowania na wielu płaszczyznach. Podział terytorialny – czyli wyznaczenie jednostek, w których funkcjonuje samorząd i realizuje się polityka rozwoju państwa – to fundament. Ma on znacznie większy wpływ na możliwości rozwojowe i niwelowanie dysproporcji między regionami, niż wielu osobom mogłoby się wydawać.
W swoich wypowiedziach podkreśla Pan miłość do dziedzictwa Ziemi Radomskiej, cywilizacji łacińskiej oraz wartości republikańskich. Skąd u naukowca tak silna pasja do historii i tożsamości? Czy ta perspektywa pomaga Panu lepiej rozumieć współczesne problemy regionalne?
Zdecydowanie pomaga. Sprawy rozwoju regionalnego to bardzo złożona materia. Region to nie tylko gospodarka, infrastruktura i twarde dane finansowe, ale przede wszystkim tożsamość i silne zakorzenienie mieszkańców. Dawniej wydawało mi się, że regionalizm skupiony na dziedzictwie to domena wąskiej, niszowej grupy pasjonatów – takich nieco oderwanych od rzeczywistości badaczy. Dziś jednak coraz wyraźniej widzę, że tożsamość ma fundamentalne znaczenie stricte rozwojowe. Mechanizm jest prosty: jeśli jestem patriotą na różnych poziomach – począwszy od mojego miasta, przez region, aż po kraj i naród – to mam wewnętrzną motywację, aby działać na rzecz swojego środowiska lokalnego i całego państwa. Tożsamość buduje się stopniowo, a jej fundamentem jest poziom lokalny i regionalny. W naszym przypadku poważnym, obiektywnym problemem jest to, że na siłę próbuje się nam wmówić tożsamość mazowiecką. To zjawisko szkodliwe, ponieważ prowadzi do wykorzenienia mieszkańców. Ludzie zaczynają udawać Mazowszan w miejscu, gdzie nie ma żadnej tradycji mazowieckiej. Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, to jedna z najważniejszych kwestii w życiu człowieka. Świadomość własnych korzeni bardzo pomaga w pracy geografa i planisty. Moje zainteresowanie historią jest wtórne wobec faktu, że po prostu zależy mi na wiedzy o tym, kim jestem i skąd pochodzę.
A jak z Pana perspektywy wygląda kwestia przywiązania do tej lokalnej tożsamości wśród samych mieszkańców Radomia?
To bardzo ciekawa i złożona kwestia. Trudno o w pełni obiektywną ocenę, kiedy patrzy się na dane zjawisko od wewnątrz. Każdy z nas ma tendencję do filtrowania rzeczywistości przez pryzmat własnych przekonań i życzeń. Jednak dzięki kontaktom z osobami z zewnątrz – ludźmi, którzy się tu sprowadzają lub obserwują nas z dystansu – zyskujemy cenne potwierdzenie, że w Radomiu funkcjonuje niezwykle silne poczucie tożsamości. Jest to cecha wyraźnie wyróżniająca nasz region na tle sąsiednich obszarów. Ta specyficzna „radomskość” bywa czasami podszyta trudnymi emocjami. Bywa reakcją obronną na pogardę, jaka spadła na Radom po wydarzeniach z Czerwca 1976 roku i która w pewnych kręgach niestety trwa do dzisiaj. Jednocześnie to poczucie tożsamości wyrasta z autentycznej dumy z bycia Radomianinem. Ogromną rolę odgrywa tu pamięć o robotniczym zrywie z 1976 roku. To właśnie z tego dziedzictwa wynika ta specyficzna duma, którą celnie i z dystansem potrafią zdefiniować na przykład kibice Radomiaka, określając się mianem „dumnych Warchołów”.
Radom to nasza mała ojczyzna. Często wspomina Pan o głębokiej degradacji miasta, do której doszło po reformie administracyjnej z 1999 roku. Czy mógłby Pan przybliżyć, jak Radom funkcjonował historycznie jako samodzielny ośrodek regionalny i co konkretnie stracił po włączeniu w skład „wielkiego województwa mazowieckiego”?
To kluczowa kwestia, którą należy głośno artykułować. Kariera Radomia jako ośrodka administracji regionalnej – czyli odpowiednika dzisiejszego miasta wojewódzkiego – nie zaczęła się, jak niektórzy błędnie sądzą, z łaski Edwarda Gierka podczas reformy w 1975 roku. Radom pełnił funkcję stolicy dużego regionu przez większą część XIX wieku oraz przez istotne okresy wieku XX. Skupiając się na historii nowoczesnej administracji, musimy cofnąć się do czasów Księstwa Warszawskiego. W 1809 roku, po włączeniu do Księstwa tzw. Galicji Zachodniej, Radom stał się od 1810 roku siedzibą Departamentu Radomskiego. Obejmował on rdzeń historycznej Sandomierszczyzny, uwarunkowany stałymi granicami między Wisłą a Pilicą, a na południu sięgał za Góry Świętokrzyskie, obejmując również Kielce. W kolejnych okresach, w ramach Królestwa Polskiego, struktura ta funkcjonowała jako województwo sandomierskie, później gubernia sandomierska, aż wreszcie utworzono potężną gubernię radomską. W połowie XIX wieku gubernia ta zajmowała ogromny szmat kraju – sięgała aż pod Kraków i Katowice, obejmując Ojców, Pieskową Skałę oraz tereny późniejszego Zagłębia Dąbrowskiego z Sosnowcem i Dąbrową Górniczą. Radom ma więc niezwykle silne tradycje bycia głównym ośrodkiem dla tego makroregionu. Dopiero po I wojnie światowej, w XX wieku, rolę stolicy województwa przejęły Kielce, co było o tyle racjonalne, że były one położone bardziej centralnie w ówczesnym województwie kieleckim. Radom posiada łącznie aż 135 lat tradycji bycia bezpośrednią siedzibą władz regionalnych.
Co zatem straciliśmy po reformie z 1999 roku? Po pierwsze, wspomnianą już tożsamość. Gdyby obecne województwo mazowieckie szanowało naszą odrębność, tak jak ma to miejsce na przykład w województwie podlaskim, gdzie tworzy się specjalne programy uwzględniające, że region składa się nie tylko z Podlasia, ale też z części Mazowsza czy Suwalszczyzny, sytuacja wyglądałaby inaczej. W województwie mazowieckim tego nie ma. Mamy do czynienia z ordynarnym wciskaniem nazwy i tożsamości mazowieckiej wszędzie, pod pretekstem granic administracyjnych. Naruszenie tożsamości jest wbrew pozorom najgroźniejsze, ale obok niej pojawiły się potężne straty o charakterze pragmatycznym. Utrata statusu miasta wojewódzkiego sprawiła, że Radom zniknął z mapy kluczowych ośrodków kraju. Inwestorzy, instytucje czy potencjalni nowi mieszkańcy patrzą na mapę administracyjną Polski i widzą na niej Kielce, Opole, Rzeszów czy Warszawę. Radomia na tej mapie po prostu nie ma.
Najgorsza sytuacja dla ośrodka wielkości Radomia to znalezienie się w jednym województwie z gigantyczną, dominującą metropolią o znaczeniu kontynentalnym, jaką jest Warszawa. W takim układzie wszystko inne przestaje się liczyć. Dla Warszawy jesteśmy głęboką prowincją. Kiedy pracowałem w radomskim oddziale Biura Planowania Regionalnego i podnosiliśmy w Warszawie temat, że w Radomiu powinna powstać Filharmonia, spotykaliśmy się z ironicznymi uśmieszkami. To nie był dla warszawian poważny temat do rozmowy. Choć filharmonia nie jest jedynym czynnikiem rozwoju, ten przykład doskonale obrazuje podejście władz centralnych województwa. Jesteśmy traktowani jak miasto powiatowe lub w najlepszym wypadku subregionalne, ponieważ w zestawieniu z potencjałem Warszawy tracimy jakiekolwiek przebicie. Na tym polega fundamentalny błąd konstrukcyjny obecnego województwa mazowieckiego.
Wielu mieszkańców uważa, że na Radomiu wciąż ciąży polityczny wyrok za robotnicze protesty z 1976 roku. Czy podziela Pan tę opinię?
Zdecydowanie tak. Analizując źródła historyczne oraz rozmawiając z ludźmi przy okazji rocznic tamtych wydarzeń, dochodzę do wniosku, że te uprzedzenia są wciąż żywe. W Polsce wciąż funkcjonują osoby, które wtedy czynnie tłamsiły radomski protest, a ich dzieci nierzadko zajmują dziś wysokie stanowiska w strukturach rządowych czy administracyjnych. W kraju nie przeprowadzono rzetelnej lustracji i dekomunizacji, przez co specyficzna niechęć do Radomia przetrwała w pewnych środowiskach do dziś. Istnieją relacje osób uczestniczących w procesach transformacji ustrojowej na początku lat dziewięćdziesiątych, które potwierdzają, że ówczesne elity przyjęły nieoficjalne założenie, iż w Radomiu z dawnego przemysłu nie ma prawa nic zostać. Choć w całej Polsce likwidowano wówczas zakłady produkcyjne, w Radomiu proces ten przeprowadzono z wyjątkową, systemową bezwzględnością. Zadbano o całkowitą likwidację dotychczasowej bazy przemysłowej, podczas gdy miasto nie posiadało rozwiniętej infrastruktury społecznej, ponieważ w czasach późnego PRL-u celowo w nią tutaj nie inwestowano. To sprawiło, że znaleźliśmy się w niezwykle trudnym położeniu startowym. Niechęć zaszczepiona w okresie gierkowskim i późnokomunistycznym wciąż tli się w kręgach władzy poza naszym miastem. Radom z jakiegoś powodu wciąż budzi opór u decydentów, a fakt, że utknęliśmy w województwie mazowieckim, gdzie pozbawiono nas głosu, tylko tę sytuację pogarsza.
Czy uważa Pan, że ta niechęć lub brak szacunku do miasta może być przekazywany w kręgach politycznych z pokolenia na pokolenie?
Nie szedłbym aż tak daleko, by twierdzić, że jest to świadomie dziedziczone. Kluczowym problemem jest raczej utrwalony brak szacunku oraz systemowe zaniżenie rangi Radomia. Skoro ten negatywny status quo się zakorzenił, to bez wyraźnego impulsu będzie się po prostu utrzymywał. Aby to zmienić, potrzebujemy całkowicie odwrócić ten trend. Radom musi zostać wreszcie dostrzeżony na szczeblu krajowym jako ważny ośrodek miejski. Należy głośno przyznać, że miasto przez ostatnie pół wieku było celowo degradowane, a co za tym idzie – nie można go dziś traktować jak każdego innego miasta tej wielkości. Wymagane są celowe działania naprawcze.
Obecnie sytuację pogarsza fakt, że temat Radomia w debacie ogólnokrajowej zmarginalizowano. Zostaliśmy zepchnięci do niższej ligi. Gdy spojrzymy na wskaźniki społeczno-gospodarcze z ostatnich trzech dekad, w grupie dużych miast w Polsce regularnie plasujemy się na pozycjach problematycznych. To dowodzi, że degradacja Radomia wciąż trwa. Największą barierą jest to, że nikt na poziomie centralnym nie chce przyznać, iż sytuacja tego miasta to problem o skali ogólnokrajowej, wymagający systemowej interwencji, a nie stawiania nas w jednym rzędzie z mniejszymi ośrodkami powiatowymi.
Co w takim razie musiałoby się wydarzyć, aby odwrócić ten niekorzystny trend?
Kluczowym warunkiem jest odzyskanie przez Radom statusu miasta wojewódzkiego. Tylko w ten sposób Radom stanie się na powrót widoczny w strukturze państwa. Naszym głównym problemem jest obecna niewidzialność administracyjna. Przez nią nie jesteśmy porównywani z Kielcami, lecz z ośrodkami znacznie mniejszymi, jak choćby Siedlce czy Piotrków Trybunalski. Oczywiście na tle Piotrkowa czy Siedlec Radom jawi się jako potężne, dynamiczne miasto, jednak w zestawieniu z Kielcami kontrast na naszą niekorzyść jest gigantyczny. Musimy wrócić do pozycji na mapie kraju, która wynika z rzeczywistej struktury osadniczej Polski oraz z naszego potencjału ludnościowego.
Czy szansą na przełamanie tej apatii mogłaby być wymiana pokoleniowa u władzy oraz zmiana mentalności młodych Radomian, którzy wykazują silne przywiązanie do swojego miasta?
Zmiana pokoleniowa to ogromna nadzieja, ale musimy o nią aktywnie dbać. Młode pokolenie Radomian urodziło się już w realiach województwa mazowieckiego, w którym Radom od zawsze funkcjonuje jako miasto powiatowe. Naszym zadaniem jest niedopuszczenie do tego, aby ci młodzi ludzie przyjęli taką zdegradowaną pozycję jako coś naturalnego w swojej mentalności. Musimy edukować i pokazywać, że Radom jest i zasługuje na znacznie więcej, niż przypisana mu obecnie kategoria administracyjna.
Młodzi ludzie, pozbawieni dawnych kompleksów i obciążeń historycznych, mogą stać się motorem zmian. Trzeba jednak pamiętać, że rozbudzenie aspiracji wewnątrz Radomia to zaledwie pierwszy krok. Ten głos musi skutecznie przebić się na szczeblu krajowym, ponieważ bez decyzji na poziomie centralnym sama zmiana mentalności mieszkańców nie wystarczy do korekty granic.
Skupmy się na województwie mazowieckim. Wspominał Pan w swoich pracach, że ta jednostka pod względem swojej rozległości i struktury nie ma odpowiednika w całej Unii Europejskiej. Z czego wynika ten polski ewenement?
Rzeczywiście, w moim opracowaniu naukowym przeprowadziłem analizę porównawczą 22 regionów stołecznych w największych państwach europejskich. Badałem, jak wyglądają odpowiedniki naszego województwa mazowieckiego w innych krajach. Wyniki pokazują jasno: nigdzie nie ma drugiej tak skonstruowanej jednostki. Modele w Europie są oczywiście zróżnicowane. Istnieją państwa, w których stolica jest wydzielona jako osobne województwo w swoich ścisłych granicach miejskich – tak jest w przypadku Berlina, Wiednia czy Budapesztu.
W innych modelach region stołeczny obejmuje stolicę wraz z bezpośrednią aglomeracją. Jednak w żadnym kraju europejskim region stołeczny nie jest jednocześnie największym województwem pod względem powierzchni oraz największym pod względem liczby ludności. To absolutny ewenement na skalę unijną. W Europie, jeśli aglomeracja stołeczna dominuje demograficznie, to celowo ogranicza się jej zasięg terytorialny, aby zachować równowagę rozwojową kraju. U nas połączono dominację ludnościową z ogromnym terytorium.
Skąd wziął się ten polski wyjątek? Prawdopodobnie z dużej zachłanności środowisk warszawskich, które projektowały ten układ pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wobec twórców tamtej reformy mam dwa fundamentalne zarzuty. Po pierwsze, legitymizowali oni swoje decyzje rzekomymi standardami unijnymi. Twierdzili, że to Unia Europejska wymaga od Polski stworzenia tak potężnych województw. Moje badania wykazały, że to była nieprawda – w większości krajów europejskich regiony administracyjne są mniejsze niż w Polsce. Zastosowano więc dezinformację, by przeforsować ten model. Drugi zarzut dotyczy faktu, że pierwotny projekt reformy został ostatecznie zepsuty poprzez niekonsekwentne dodanie kilku średnich województw w wyniku doraźnych targów politycznych – tak powstało chociażby województwo świętokrzyskie.
To drastycznie pogłębiło dysproporcje, a województwo mazowieckie stało się karykaturalnie wielkie na tle mniejszych sąsiadów. Co więcej, jeśli decydowano się już na utworzenie województwa świętokrzyskiego, należało je od początku uformować wspólnie z Radomiem. Powstałoby wówczas silne województwo średniej wielkości. Zamiast tego stworzono układ skrajnie niezrównoważony, oparty na politycznych kompromisach, a nie na obiektywnych kryteriach geograficznych i funkcjonalnych.
Czy to prawda, że w ramach naprawy tej struktury proponuje Pan wydzielenie z obecnego województwa trzech zupełnie nowych jednostek administracyjnych?
Tak, to jest sedno mojej propozycji. Postuluję podział obecnego, niefunkcjonalnego województwa mazowieckiego na mniejsze, bardziej spójne jednostki. Pierwszą z nich byłoby znacznie mniejsze, ściśle zintegrowane województwo warszawskie, obejmujące szeroko pojętą aglomerację stolicy wraz z jej bezpośrednim otoczeniem funkcjonalnym.
Druga jednostka to województwo płocko-siedleckie, które powstałoby w północnej i wschodniej części dzisiejszego województwa – jednoczyłoby regiony posiadające podobną specyfikę, podobne potrzeby.
Trzecim elementem tego planu jest odłączenie południowej części obecnego województwa mazowieckiego, czyli szeroko pojętego regionu radomskiego (potencjalnie również z powiatem grójeckim), i połączenie go z obecnym województwem świętokrzyskim. W ten sposób uformowałoby się silne, zrównoważone województwo staropolskie. Byłby to układ dwubiegunowy, w którym Radom i Kielce funkcjonowałyby jako dwie równorzędne stolice wojewódzkie.
Jakie są najważniejsze argumenty merytoryczne za takim podziałem, szczególnie w kontekście ogromnych dysproporcji infrastrukturalnych, gdzie Warszawa finansuje kosztowne metro, a regiony peryferyjne borykają się z podstawowymi problemami?
Kluczowym argumentem jest skrajnie odmienna specyfika, struktura potrzeb oraz wyzwania rozwojowe tych obszarów. Wrzucanie tak zróżnicowanych regionów do jednego worka administracyjnego drastycznie utrudnia efektywne zarządzanie przestrzenne i precyzyjne wyznaczanie celów strategicznych. Warszawa ma zupełnie inne priorytety rozwojowe niż region radomski czy peryferyjne obszary północnego Mazowsza.
W geografii ekonomicznej sprawdza się zasada, że regiony wewnątrz jednego województwa powinny być możliwie spójne pod względem poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego. W układzie wymieszanym, jaki mamy obecnie, zawsze wygrywa silniejszy podmiot. W rezultacie budżet i uwaga województwa są zdominowane przez interesy metropolitalne Warszawy, a cała reszta zostaje zepchnięta do roli petenta i głębokiej peryferii. Gdyby te obszary tworzyły odrębne województwa, mogłyby samodzielnie, bez oglądania się na Warszawę, kształtować politykę rozwoju, rzetelnie diagnozować braki i skutecznie aplikować o środki na własne, unikalne cele.
Taka zmiana przyniosłaby korzyści również samej Warszawie. Dzisiejsze urzędy w stolicy muszą marnować czas i zasoby na zajmowanie się sprawami lokalnymi odległych gmin na Kurpiach czy Podlasiu. Odciążenie Warszawy pozwoliłoby jej skupić się wyłącznie na budowaniu międzynarodowych funkcji metropolitalnych, dzięki którym mogłaby skutecznie konkurować na rynku globalnym i kontynentalnym.
Często ze strony polityków warszawskich pojawia się argument, że muszą oni dotować biedniejsze regiony i dlatego nie można ich odłączyć. To fałszywa troska – odłączając te regiony, zdejmujemy z Warszawy ten rzekomy ciężar, pozwalając uniezależnić się obu stronom.
Zwolennicy obecnego podziału argumentują jednak, że nie ma sensu rysować nowych granic na mapie, a zamiast tego lepiej rozwijać Warszawę i jej otoczenie jako jedną potężną, funkcjonalną metropolię w ramach istniejącego województwa mazowieckiego. Jak odpowiada Pan na takie głosy?
To jest klasyczny przejaw myślenia skrajnie warszawocentrycznego. Hasło „rozwijajmy Warszawę i okolicę w ramach obecnego województwa” w praktyce oznacza: rozwijajmy wyłącznie stolicę i jej bezpośrednie satelity, pozostawiając resztę ziem samą sobie. Oficjalna propaganda sukcesu głosi, że całe województwo mazowieckie rozwija się znakomicie. Jednocześnie ci sami decydenci przyznają, że dysproporcje są ogromne, ale twierdzą, że przynależność do bogatego województwa jest dla biedniejszych regionów opłacalna.
Warto zadać proste pytanie: skoro ten układ jest tak zbawienny, to dlaczego po 26 latach funkcjonowania województwa mazowieckiego sytuacja Radomia pod względem kluczowych wskaźników wciąż jest tak zła? Dlaczego te regiony nie zdołały się podnieść, mimo ponad ćwierćwiecza rzekomego wsparcia ze strony bogatej stolicy? Odpowiedź jest oczywista – obecny model jest strukturalnie nieskuteczny dla obszarów pozametropolitalnych i tkwienie w nim przez kolejne dekady niczego nie zmieni. Potrzebna jest głęboka reforma systemowa.
Czy uważa Pan, że proponowana przez Pana zmiana administracyjna przełożyłaby się na realny sukces konkretnych inwestycji regionalnych, takich jak chociażby lotnisko w Radomiu?
Z pewnością tak. Sytuacja wokół radomskiego portu lotniczego to rażący przykład patologii obecnego podziału kraju. Mamy do czynienia z kuriozum na skalę europejską, w którym marszałek województwa nie dość, że nie dokłada z budżetu środków na promocję nowego lotniska powstałego na jego własnym terytorium za fundusze centralne, to jeszcze czynnie tę inwestycję zwalcza. Działania marszałka Adama Struzika, nakierowane na blokowanie i deprecjonowanie portu w Radomiu – zarówno przy obecnym projekcie, jak i przy wcześniejszych próbach – to ewenement. Osoba odpowiedzialna z urzędu za rozwój regionalny torpeduje strategiczny projekt infrastrukturalny na własnym terenie.
W alternatywnym układzie, czyli w województwie staropolskim, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Władzom w Kielcach oraz całemu regionowi świętokrzyskiemu zależy na lotnisku w Radomiu już teraz, co widać w oficjalnych stanowiskach. Oni doskonale rozumieją, że to jest lotnisko obsługujące również ich interesy. Mimo barier administracyjnych, świętokrzyskie organizacje turystyczne, izby przemysłowo-handlowe, władze Kielc czy zarząd Targów Kielce otwarcie wyrażają zainteresowanie radomskim portem. Gdybyśmy funkcjonowali w jednym województwie, lotnisko to posiadałoby pełne, systemowe wsparcie operacyjne i finansowe władz regionalnych, ponieważ posiadanie takiego portu w strukturach regionu to ogromny atut rozwojowy.
Podsumowując naszą rozmowę: jak ocenia Pan realne szanse na wdrożenie tych zmian w życie? Od czego powinniśmy zacząć ten proces i jak powinna wyglądać ścieżka do odzyskania przez Radom statusu miasta wojewódzkiego?
Przebieg samej ścieżki legislacyjnej to zadanie dla polityków, jednak naszym fundamentalnym obowiązkiem jest wywieranie na nich ciągłego, skutecznego nacisku. Rola ekspertów i środowisk naukowych polega na dostarczaniu rzetelnej, udokumentowanej wiedzy, przekazywaniu jej mediom oraz budowaniu silnej świadomości społecznej wśród mieszkańców. Musimy głośno i wyraźnie artykułować, że odzyskanie statusu miasta wojewódzkiego przez tak duży ośrodek jak Radom to dla nas kwestia fundamentalna – to jest dosłownie walka o „być albo nie być” dla przyszłości tego miasta.
Jeśli nie odzyskamy pozycji stolicy województwa, będziemy systematycznie degradowani do roli drugorzędnego ośrodka subregionalnego. To, czy nastąpi to w ramach proponowanego przeze mnie województwa staropolskiego, czy w innej konfiguracji geograficznej, jest kwestią wtórną. Najważniejszy jest sam status wojewódzki. O tym postulacie musimy mówić bez przerwy, przy każdej możliwej okazji – podczas debaty o gospodarce, na spotkaniach dotyczących infrastruktury czy w trakcie rozmów z przedstawicielami władz centralnych. Ten temat musi stać się stałym punktem dyskusji. Nasza degradacja jest faktem potwierdzonym przez twarde dane: od 30 lat zmagamy się z najwyższym stopniem bezrobocia strukturalnego wśród dużych miast, drastycznie odstajemy od Kielc czy Rzeszowa, a nawet od mniejszego Opola. Dotychczas próbowano walczyć jedynie z powierzchownymi skutkami tych problemów. Czas najwyższy uderzyć w ich bezpośrednie źródło, jakim jest wadliwy status administracyjny.
Czy korekta obejmie tylko województwo mazowieckie, czy będzie elementem większej reformy w skali kraju – czas pokaże. W Polsce jest jeszcze kilka miast w podobnej sytuacji, jednak Radom znajduje się w położeniu najgorszym z racji bezpośredniego sąsiedztwa z potężną Warszawą. Województwo mazowieckie ze względu na swoją dysfunkcyjność najbardziej w całym kraju domaga się natychmiastowej reformy i nie chodzi tu wyłącznie o partykularny interes Radomia, ale o elementarną racjonalność zarządzania przestrzenią państwową.
A jak ocenia Pan obecne zainteresowanie tą problematyką wśród klasy politycznej? Czy zakulisowe rozmowy przynoszą już jakieś wymierne efekty?
Osobiście nie biorę udziału w bezpośrednich negocjacjach politycznych, jednak zainteresowanie tym tematem jest ogromne i bardzo widoczne. Doskonale pokazała to oficjalna prezentacja mojego raportu w Warszawie. To zainteresowanie przejawia się dwojako. Wśród polityków popierających reformę sprawa jest jasna – część z nich głośno deklaruje poparcie, inni natomiast, z racji zasiadania w niesprzyjających temu pomysłowi koalicjach rządowych, wolą nie wypowiadać się publicznie, by uniknąć konsekwencji partyjnych, ale prywatnie w pełni nas popierają.
W samym Radomiu panuje pod tym względem rzadka jednomyślność – niemal wszyscy lokalni politycy, bez względu na barwy klubowe, zgadzają się z tym postulatem. Z drugiej strony, środowiska niechętne zmianom również wykazują ogromne zainteresowanie, które wynika z autentycznego strachu. Oni doskonale widzą, że nasze argumenty są racjonalne, spójne i trudne do podważenia merytorycznie. Nie dysponują żadną merytoryczną kontrargumentacją na obronę tezy, że obecny układ jest dobry, bo fakty mówią co innego.
Właśnie z tego powodu w przestrzeni publicznej próbuje się na ten temat spuścić zasłonę milczenia i blokować medialnie tę dyskusję, ponieważ jest ona uznawana za zbyt niebezpieczną dla obecnego układu sił. Zmiana granic narusza potężne interesy polityczne i finansowe. Warszawa nie ma żadnego interesu w dobrowolnym oddaniu władzy i wpływów, jako że obecna struktura czyni z niej najsilniejszy ośrodek w kraju. Ponieważ jednak nasze postulaty są uzasadnione naukowo i obiektywnie korzystne dla zrównoważonego rozwoju państwa, musimy konsekwentnie przełamywać to milczenie i dążyć do realizacji tego celu.
Na sam koniec, jakie przesłanie chciałby Pan przekazać naszym słuchaczom z Radomia, obecnego województwa mazowieckiego oraz historycznego Mazowsza?
Moje najważniejsze przesłanie brzmi: nie poddawajmy się! Zwracam się w tym momencie do mieszkańców całego obecnego województwa – reforma, którą proponujemy, jest obiektywnie dobra dla wszystkich stron. Przyniesie ona korzyści również samej Warszawie. Stolica naprawdę nic na tym nie straci, poza ewentualnie częścią wpływów politycznych w terenie, które zresztą nie są jej do niczego potrzebne. Warszawa nie odczuje negatywnie tej zmiany w kontekście swoich własnych możliwości rozwojowych. Wręcz przeciwnie – zostanie odciążona i nie będzie musiała zajmować się sprawami regionów peryferyjnych ani ich dotować, skoro środowiska warszawskie tak często narzekają na ten rzekomy balast finansowy.
Skoro twierdzą, że nas dotują, to po reformie ten problem po prostu zniknie. Dla wszystkich pozostałych obszarów ta zmiana to ogromna szansa. Pozwoli im odzyskać pełną samodzielność oraz autentyczną samorządność regionalną. Mieszkańcy i lokalne elity będą mogli sami decydować o tym, co jest dla nich priorytetem i suwerennie kształtować własną politykę, zamiast bez przerwy oglądać się na decyzje zapadające w Warszawie.
To jest mój apel do wszystkich mieszkańców obecnego, sztucznego tworu administracyjnego. Natomiast do samych Radomian kieruję słowa: nie traćmy nadziei. Konsekwentnie budujmy swoją lokalną tożsamość oraz autentyczną dumę z tego, że jesteśmy Radomianami. Nie jesteśmy Mazowszanami – jesteśmy Radomianami. Dbajmy o tę świadomość i wspólnie budujmy głębokie przekonanie, że te zmiany są nie tylko głęboko potrzebne, ale również całkowicie możliwe do zrealizowania.

