Choć historia zapamiętała ks. Romana Kotlarza przede wszystkim jako męczennika Radomskiego Czerwca 1976 roku – kapłana, który odważył się błogosławić protestujących robotników – istniała druga, równie dramatyczna strona jego kapłaństwa. Była nią wieloletnia, prowadzona „po partyzancku” posługa w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Krychnowicach. Tam, wśród najbardziej odrzuconych, chorych psychicznie, umierających i wykluczonych, wykuwał się prawdziwy format duchowy tego niezłomnego kapłana.
Szpital w Krychnowicach, oddalony zaledwie kilka kilometrów od Pelagowa, był w latach 70. jedną z największych placówek psychiatrycznych w Polsce, liczącą ponad tysiąc łóżek. Oficjalnie duszpasterstwo w takich instytucjach nie istniało – władze komunistyczne traktowały szpitale psychiatryczne jako strefy całkowicie zlaicyzowane. Ks. Kotlarz nie czekał na zgodę. Mimo braku telefonu, drogi i stałego zezwolenia, regularnie pokonywał trasę pieszo, rowerem, furmanką lub motorem – wąskimi ścieżkami przez pola, błoto, wiatr i śnieg.
Jego „partyzanckie” metody obejmowały odprawianie Mszy św. we wnękach korytarzy, w stołówce czy na salach, a wizyty u chorych często odbywały się wieczorem i nocą, by unikać wzroku nieprzychylnego personelu lub urzędników. Dotarcie do pacjentów było codziennym sprawdzianem determinacji i ofiarności.
Najpiękniejsze i najbardziej wstrząsające świadectwo tej posługi pochodzi z „Księgi chorych”, którą ks. Roman prowadził systematycznie od 1971 roku. Zapisywał w niej nie tylko wizyty, ale też pogodę, trudy drogi i głębokie ludzkie dramaty.
Oto jeden z typowych wpisów z 3 grudnia 1971 r.:
„3 XII 1971 r., piątek. Chlapie, błoto, wiatr i mgły. Przez pola, pieszo, o godz. 8.00 u Seweryna Stanisława, l. 67. Spowiedź i Komunia św. Kotarwice. O godz. 9.15, pieszo, u Adama Szymczaka, l. 80. Spowiedź św., Oleje św., Komunia św. 3 XII 1971 r., godz. 16.15 – wozem u Wiktorii Czerwińskiej. Spowiedź, Oleje św., Komunia św. u Świtkowej, l. 67, Spowiedź św. i Komunia św. 3 XII 1971 r. o godz. 18.20 – rowerem. Kurzy mokrym śniegiem, wiatr. Koło torów, przez II przejazd Krychnowice – szpital. Somatyka. Spowiadam 20 osób + 4 inne. Razem u Komunii św. 26 osób. Wracam na 21.30”
Jeszcze bardziej poruszający jest zapis z 30 listopada 1971 r., ukazujący emocjonalną głębię jego posługi:
„W szpitalu jestem dopiero 30 XI 1971 r. (sobota). Odwiedzam o 14.00 Rehabilitację. I tu umawiam Mszę św. na 19.00 i odprawiam.
Do Komunii św. około 30 osób. Odwiedzam na Somatyce ciężko chorą od tygodnia panią Kunegundę, która zawsze mi usługiwała ze świecą u chorych po salach i ułatwiała innym słowem [czyli zachętą – przyp. aut.] spowiedź. Dużo zainteresowała się pod 13 [numer sali – przyp. aut.] panem G., który do dziś jeszcze trwa w oziębłości duszy. Godz. 20.00 – odwiedzam panią Kunegundę, a na korytarzu pielęgniarka mówi, że już koniec. W tej chwili biegnę – klękam, rozgrzeszam i błogosław[ieństwo] apostolskie – spełniło się jej pragnienie, żebym u niej był przed śmiercią. I jeszcze trzy oddechy i na moich rękach odeszła z tego świata. Modliłem się pół godziny”
Podobnych zapisów są dziesiątki. Ks. Roman towarzyszył umierającym, spowiadał w ostatniej chwili, odprawiał Msze św. dla kilkudziesięciu osób jednocześnie i wracał do parafii późną nocą, często przemoczony i wyczerpany. Nawet gdy sam w styczniu 1975 roku trafił jako pacjent do Krychnowic, nie zaprzestał posługi – na prośbę współchorych odprawił 19 Mszy św. i rozdał 737 Komunii św. W sylwestra odprawił „pasterkę noworoczną” o północy w swojej sali dla dwudziestu pacjentów, którzy przyszli do niego potajemnie.
Dla wielu chorych – często odrzuconych przez rodziny i społeczeństwo – był jedynym powiernikiem i „ludzkim” kapłanem. Potrafił zjednać sobie personel, uczestniczyć w szpitalnych zabawach, godzić skłócone rodziny pracowników. Dyrekcja szpitala (m.in. dr Barbara Borzym i dr Czesław Tracewski) darzyła go szacunkiem, choć musiała lawirować między troską o pacjentów a naciskami partyjnymi.
Konflikt ks. Romana Kotlarza z ordynatorem dr. Jerzym Szafrankiem stanowił jeden z najtrudniejszych i najbardziej dramatycznych rozdziałów jego „partyzanckiego” duszpasterstwa w Krychnowicach. Podczas gdy większość lekarzy i personelu szpitala odnosiła się do kapłana z życzliwością lub przynajmniej tolerancją, małżeństwo Szafranków – Jerzy i Krystyna – reprezentowało postawę radykalnie wrogą.
Dr Jerzy Szafranek był ordynatorem oddziału młodzieżowego, a jego żona Krystyna kierowała oddziałem dziecięcym. Oboje należeli do aktywnego kręgu partyjnego – Krystyna Szafranek pełniła funkcję drugiego sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej (POP) w szpitalu. Ich oddziały wyróżniały się najwyższym stopniem upartyjnienia personelu w całej placówce. Szafranek kategorycznie zabronił ks. Kotlarzowi wstępu na podległe mu oddziały, co kapłan odbierał jako wyraz strachu lekarza przed narażeniem się władzom.
Współczesne źródła rzucają na ten zakaz nowe, niepokojące światło. W latach 1971–1974 na oddziałach dziecięcym i młodzieżowym prowadzono kontrowersyjne badania naukowe nad organicznymi zmianami w mózgu u dzieci i młodzieży z zaburzeniami zachowania. Ich centralnym elementem była pneumoencefalografia frakcjonowana – ekstremalnie inwazyjna i bolesna procedura diagnostyczna. Polegała na nakłuciu kanału rdzenia kręgowego, usunięciu części płynu mózgowo-rdzeniowego i wpompowaniu w jego miejsce powietrza, tlenu lub helu, co pozwalało uzyskać kontrastowy obraz rentgenowski mózgu.
Badanie było nie tylko niezwykle bolesne, ale też obarczone ryzykiem poważnych powikłań neurologicznych. Z tego powodu w latach 80. zostało ostatecznie zarzucone po upowszechnieniu tomografii komputerowej. W Krychnowicach w ramach badań poddano mu około 100 pacjentów w wieku 12–17 lat (76 chłopców i 24 dziewczynki), skierowanych do szpitala z powodu agresji, ucieczek z domu, konfliktów z prawem, zaniedbywania obowiązków szkolnych i „nieuznawania autorytetów”.
Wyniki tych badań, opublikowane w 1978 roku w czasopiśmie „Zagadnienia wychowawcze a Zdrowie psychiczne”, wykazały organiczne zmiany w mózgu aż u 54% badanych. W realiach PRL takie wnioski miały wymiar nie tylko medyczny, ale również ideologiczny. Sugerowały bowiem, że „aspołeczne” zachowania, bunt przeciwko systemowi wychowawczemu czy konflikty z władzą mogą mieć podłoże biologiczne. Dawało to komunistycznemu państwu wygodne „naukowe” narzędzie do patologizacji postaw dysydenckich i nieprzystosowania społecznego.
W tym kontekście ograniczenie ks. Kotlarzowi dostępu do tych oddziałów mogło mieć nie tylko światopoglądowe, ale również praktyczne uzasadnienie – uniemożliwienie kapłanowi kontaktu z dziećmi i młodzieżą poddawaną bolesnym, inwazyjnym procedurom oraz niedopuszczenie, by stał się świadkiem tego, co tam się działo.
Ks. Roman przeczuwał, że na oddziałach Szafranków dzieje się coś złego. Podjął nawet kilka prób „kruszenia lodów”. Najbardziej wymowna była sytuacja z kwietnia 1974 roku. Za namową dyrektora Czesława Tracewskiego poszedł do ordynatora z imieninowym prezentem – książką Jürgena Thorwalda Pacjenci, popularnym wówczas bestsellerem z historii medycyny. Szafranek nie przyjął księdza osobiście. Prezent musiał zostać wręczony jego żonie Krystynie.
Dyrektor Tracewski, który po cichu sprzyjał obecności ks. Kotlarza w szpitalu, wielokrotnie radził kapłanowi dyskrecję i „milczenie w tej sprawie”. Obawiał się, że otwarty konflikt z wpływowym, partyjnie umocowanym małżeństwem Szafranków może skończyć się całkowitym usunięciem duszpasterstwa ze szpitala.
– Dyrektor zachęcił mnie, bym zmilczał i w ciszy dalej pracował
mówił ks. Kotlarz.

Nocne duszpasterstwo w Krychnowicach było dla ks. Romana Kotlarza prawdziwym seminarium miłości bliźniego. To właśnie tam, z dala od ambony i publicznych wystąpień, w ciszy szpitalnych sal, wśród najgłębszego ludzkiego cierpienia, samotności i odrzucenia, kształtował się i hartował jego kapłański charakter. Tam nauczył się miłości, która nie cofa się przed żadną ceną – miłości, która później pozwoliła mu bez wahania wyjść na ulice Radomia i pobłogosławić strajkujących robotników.
Dla komunistycznego systemu był „fanatykiem” i „niebezpiecznym elementem”, którego należało inwigilować i w końcu uciszyć. Dla setek chorych z Krychnowic pozostał na zawsze „ich księdzem Romanem” – jedynym kapłanem, który nie bał się błota, ciemności, zimna, represji ani partyjnych zakazów, by w środku nocy przynieść im sakramenty, pocieszenie i nadzieję.
Przez wiele lat regularnie pokonywał trasę z Pelagowa do szpitala, często w najgorszych warunkach, wracając do parafii późną nocą całkowicie wyczerpany. Nie przestał nawet wtedy, gdy sam trafił na szpitalne łóżko. W tym samym miejscu, w którym przez lata niósł miłosierdzie innym, 18 sierpnia 1976 roku zakończył swoje ziemskie życie. Paradoksalnie – miejsce jego największego miłosierdzia stało się miejscem jego agonii.
