– W gminie przez lata istniały różnego rodzaju konflikty. Starałam się słuchać wszystkich stron i wychodzić z założenia, że każdy ma swoją rację i swoją opowieść. Jestem człowiekiem zgody i pracy. Konflikt zabiera ogromną ilość energii, którą można przeznaczyć na działanie. Podobną zasadę wprowadzałam w urzędzie: nie ma „my” i „oni”. Jesteśmy jednym zespołem i mamy sobie pomagać – mówiła Ewa Markowska-Bzducha, wójt gminy Wolanów, w rozmowie z Adamem Szabelakiem. W trakcie rozmowy poruszono temat jej drogi od samorządu gminnego przez powiat i resort rolnictwa z powrotem do Wolanowa, najważniejszych inwestycji ostatnich ośmiu lat, znaczenia zgody i ciągłości w samorządzie oraz rekordowego pozyskania prawie 78 mln zł zewnętrznych środków.
Jest Pani doktorem ekonomii, specjalizuje się w finansach publicznych, ma też bogatą karierę polityczną, wieloletnie doświadczenie samorządowe, a także pracowała Pani w administracji rządowej. Które z tych doświadczeń najbardziej przydaje się dziś w zarządzaniu gminą?
Nie lubię określenia „kariera polityczna”. W moim przypadku długo była to przede wszystkim działalność samorządowa. Po raz pierwszy zostałam radną, gdy miałam 28 lat. Wróciłam wtedy po kilku latach do Ślepowronu i pojawiła się propozycja, żebym wystartowała do Rady Gminy. Mieszkańcy mnie znali, dużo z nimi rozmawiałam i ostatecznie wygrałam z dotychczasowym radnym. Zostałam później przewodniczącą Rady Gminy.
To były jeszcze dość burzliwe czasy młodego samorządu. Moim zadaniem było trochę łagodzić napięcia. Zawsze uważałam, że trzeba słuchać również tych, którzy się z nami nie zgadzają, bo druga strona też może mieć rację. Ta potrzeba szukania porozumienia została mi do dzisiaj. Tematyka samorządowa zainteresowała mnie na tyle, że poświęciłam jej doktorat.
Moja rozprawa dotyczyła stopnia samodzielności finansowej polskiej gminy i jego uwarunkowań na tle państw Unii Europejskiej. Już wtedy interesowało mnie, jak samorząd może lepiej funkcjonować i wykorzystywać dostępne narzędzia.
Była Pani również radną powiatową, a później trafiła do administracji rządowej.
W latach 2010–2014 byłam radną powiatu. To było ciekawe doświadczenie, ale samorząd gminny jest dużo bliżej mieszkańca. W gminie człowiek przychodzi do urzędu z konkretną sprawą, problemem czy potrzebą i ten kontakt jest codzienny. Później zaczęłam współpracować z Prawem i Sprawiedliwością. Wcześniej przez wiele lat kandydowałam z komitetów bezpartyjnych, ale uznałam, że PiS jest mi najbliższy programowo. Otrzymałam następnie propozycję pracy jako dyrektor departamentu w Ministerstwie Rolnictwa.
Bardzo przydało mi się tam zarówno przygotowanie akademickie, jak i doświadczenie samorządowe oraz to, że sama wychowałam się na wsi. Uważam, że trudno dobrze rozumieć rolnictwo bez znajomości realiów życia na wsi. Odpowiadałam m.in. za dialog z organizacjami rolniczymi. Jedną z rzeczy, z których jestem szczególnie dumna, było stworzenie rozwiązania dotyczącego pomocnika rolnika przy zbiorach. Pozwoliło ono legalnie zatrudniać pracowników sezonowych, w tym cudzoziemców, i obejmować ich odpowiednim ubezpieczeniem.
Mimo tego wróciła Pani do samorządu.
W administracji rządowej brakowało mi poczucia bezpośredniego sprawstwa. Tutaj budujemy drogę i ta droga rzeczywiście powstaje. Budujemy żłobek i później widzę konkretne dzieci i ich rodziców, którzy z niego korzystają. Jako wójt mogę przeprowadzić proces od pomysłu, przez pozyskanie pieniędzy i wykonanie inwestycji, aż po jej późniejsze funkcjonowanie.
Właśnie dlatego praca w samorządzie daje mi największą satysfakcję. Dobrym przykładem jest sprawa działki przy przedszkolu. Mieszkaniec zaproponował jej sprzedaż, ponieważ przebiegała przez nią infrastruktura. Przekonałam Radę do zakupu. Dzisiaj mamy tam plac zabaw i parking dla przedszkola i żłobka. W czasie mojej kadencji bardzo zwiększyliśmy też zasób nieruchomości gminnych.
Część wynika z uporządkowania stanu prawnego dróg, ale kupowaliśmy również działki sąsiadujące z obiektami publicznymi, widząc możliwość ich wykorzystania w przyszłości.
To już Pani druga kadencja. Co później? Sejm, Senat?
Trudno powiedzieć. Do tej pory zdarzało mi się kandydować w wyborach ogólnokrajowych raczej po to, żeby pomóc liście. Nie mam dziś silnej potrzeby przechodzenia do polityki krajowej. Po byciu wójtem trudno będzie znaleźć miejsce dające porównywalne poczucie sprawstwa. Poza tym wiem, ile energii wkładam w tę pracę.
Polityka krajowa wymaga jeszcze większej odporności, również fizycznej. Bardziej naturalnym kierunkiem wydaje mi się powiat. Jest blisko domu. Przez dwa i pół roku pracy w ministerstwie mieszkałam w Warszawie i na weekendy wracałam do domu. To doświadczenie pokazało mi, jak ważna jest dla mnie możliwość normalnego życia tutaj. Trudna byłaby dla mnie też dyscyplina partyjna. Jestem raczej indywidualistką. W samorządzie mogę mieć własną wizję, oczywiście przekonując do niej Radę. Ale nigdy nie mówię definitywnie „nie”. Zawsze bardziej ciekawiły mnie nowe wyzwania, niż przerażały.
Gdyby miała Pani wskazać najważniejsze zmiany w gminie Wolanów podczas swoich kadencji, od czego by Pani zaczęła?
Od zgody. To może nie jest inwestycja, którą można sfotografować, ale uważam ją za jedno z najważniejszych osiągnięć. W gminie przez lata istniały różnego rodzaju konflikty. Starałam się słuchać wszystkich stron i wychodzić z założenia, że każdy ma swoją rację i swoją opowieść. Jestem człowiekiem zgody i pracy. Konflikt zabiera ogromną ilość energii, którą można przeznaczyć na działanie. Podobną zasadę wprowadzałam w urzędzie: nie ma „my” i „oni”. Jesteśmy jednym zespołem i mamy sobie pomagać.
A jeśli chodzi o inwestycje?
Bardzo zmieniła się infrastruktura drogowa. Pod koniec poprzedniej kadencji mieliśmy około 25 kilometrów nowo utwardzonych dróg. Do tego dochodzą ważne inwestycje drogowe realizowane przez powiat. Wybudowaliśmy trzy sale gimnastyczne przy szkołach podstawowych. Dzięki temu wszystkie szkoły mają dziś pełnowymiarowe sale. Szkoły zostały również wyremontowane, wymienialiśmy źródła ciepła.
Dużo zrobiliśmy też w zakresie infrastruktury społecznej – świetlic, miejsc spotkań i klubów seniora. Dla lokalnych społeczności takie miejsca mają ogromne znaczenie. W Walinach mieszkańcy przed laty sami budowali w czynie społecznym klub rolnika. Później obiekt znalazł się w rękach GS-u i niszczał. Mieszkańcy poprosili mnie, żeby spróbować go odzyskać. Pojechałam do właściciela, uzgodniliśmy warunki, gmina odkupiła budynek i gruntownie go wyremontowała.
Dziś działa tam świetlica. Pamiętam otwarcie – przyszła praktycznie cała wieś. Ludzie byli naprawdę wzruszeni. Podobnie było w Młodocinie Większym. Stary obiekt od lat niszczał. Pozyskaliśmy środki i stworzyliśmy tam klub seniora. Dzisiaj spotykają się tam seniorzy, OSP, sołectwo, koło gospodyń i inne grupy mieszkańców. Powstał również klub seniora w dawnym przedszkolu w Chruślicach. Seniorzy mówili mi później, że nigdy nie przypuszczali, iż na emeryturze będą jeździć na wycieczki, ćwiczyć czy tak aktywnie spędzać czas.
Właśnie o to chodzi w samorządzie – o poprawę jakości życia mieszkańców. Oprócz tego wybudowaliśmy około 10 kilometrów oświetlenia drogowego i wymieniliśmy oprawy na energooszczędne LED. Dzięki temu rachunki spadły na tyle, że nie musimy już stosować nocnych przerw w oświetleniu. Bardzo dużo zmieniło się również w systemie wodociągowym. Kiedy obejmowałam urząd, o awarii często dowiadywaliśmy się dopiero wtedy, gdy dzwonił mieszkaniec i mówił, że nie ma wody.
Dzisiaj mamy automatykę i zdalne powiadamianie o spadkach ciśnienia czy zatrzymaniu urządzeń. Zbudowaliśmy również połączenia sieci w pętle i dwie pompownie. W Bieniędzicach Górnych przez część roku regularnie występowały problemy z wodą. Najpierw połączyliśmy sieci, a gdy to nie wystarczyło, wybudowaliśmy pompownię. Powstało także około 9 kilometrów kanalizacji oraz nowa studnia dla gminnego ujęcia. Planujemy kolejne.
Jednym z najnowszych przedsięwzięć jest budowa żłobka.
To nasza pierwsza taka placówka. Bardzo ważny był program Maluch Plus, ponieważ obejmował nie tylko dofinansowanie budowy, ale również przez trzy lata wsparcie funkcjonowania miejsc w żłobku. Bez takich instrumentów utrzymanie tego typu placówki byłoby dla gminy bardzo kosztowne.
Kolejnym dużym przedsięwzięciem z ostatnich miesięcy jest własna komunikacja. Dlaczego gmina zdecydowała się ją stworzyć zamiast współpracować z Radomiem albo prywatnym przewoźnikiem?
Próbowaliśmy rozmawiać z Radomiem. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji nie było jednak zainteresowane obsługą terenów pozamiejskich na warunkach, które byłyby dla nas możliwe do zaakceptowania. Przy ostatniej kalkulacji jednej głównej linii, z odpowiednią liczbą kursów, koszt miał wynosić około 2 mln zł rocznie. To byłoby dla nas rozwiązanie organizacyjnie prostsze, ale finansowo bardzo ryzykowne, bo po uruchomieniu komunikacji dla mieszkańców trudno byłoby później z niej zrezygnować.
Współpracowaliśmy także z prywatnym przewoźnikiem. Przez lata zapewniał komunikację i w pewnym sensie ratował gminę, ale mieszkańcy zgłaszali zastrzeżenia do starego taboru, punktualności czy jakości informacji pasażerskiej. Przełomem był nabór dotyczący zeroemisyjnej komunikacji pozamiejskiej. Dofinansowanie wynosiło 90 proc. wartości netto, więc uznałam, że to szansa, której nie możemy przegapić. Nasza komunikacja ma też obsługiwać dowóz dzieci do szkół podstawowych, a na głównej trasie przede wszystkim młodzież dojeżdżającą do szkół w Radomiu. Dzięki temu możemy wykorzystać tabor bardziej efektywnie.
Czy uruchomienie komunikacji było trudne?
Bardzo. Nabór pojawił się pod koniec kwietnia 2024 roku i trwał krótko. Wniosek złożyliśmy w czerwcu. Informację o dofinansowaniu otrzymaliśmy w październiku i właściwie od razu trzeba było działać – z przyłączem energetycznym, przetargami i zakupem autobusów. Tylko Solaris zadeklarował możliwość dostarczenia autobusów w wymaganym terminie. Gdybyśmy stracili jeszcze kilka miesięcy, projekt mógłby się nie udać. Dlatego zawsze podkreślam znaczenie ciągłości w samorządzie. Zmiana władzy oznacza czas potrzebny na poznanie urzędu i wszystkich prowadzonych tematów. Kiedy skończę pracę jako wójt, jestem gotowa przekazać następcy swoją wiedzę, jeżeli będzie chciał z niej skorzystać. Dobre projekty powinny być kontynuowane.
Autobusy dojeżdżają do Radomia. Jak wyglądała współpraca między samorządami?
Żeby nasza komunikacja mogła wjechać do Radomia, musieliśmy zawrzeć odpowiednie porozumienia z miastem oraz z gminą Kowala, przez której teren częściowo przebiega trasa. I tutaj bardzo doceniam dobrą wolę obu samorządów. Z Radomiem współpracujemy zresztą w wielu obszarach. Z części gminy pobieramy wodę z Radomia, odprowadzamy tam również ścieki. Uważam, że Radom jako największe miasto powinien odgrywać istotną rolę w rozwoju całego otoczenia, choć rozumiem też, że prezydent miasta jest w pierwszej kolejności rozliczany przez swoich mieszkańców.
Dużo pracy kosztował gminę również przyjęcie planu ogólnego. Jak ocenia Pani ten proces?
Sama konstrukcja tego narzędzia planistycznego bardzo mnie zaskoczyła. Uważam, że tam, gdzie istnieje odpowiednia infrastruktura umożliwiająca zamieszkanie, powinno się w możliwie dużym stopniu tworzyć strefy mieszkaniowe. Na etapie wniosków wpłynęło do nas 601 zgłoszeń, w zdecydowanej większości dotyczących zabudowy mieszkaniowej. Gdy zobaczyliśmy pierwszy projekt, okazało się, że jest w nim wiele luk. Dlatego przeprowadziliśmy bardzo szerokie konsultacje. Zamiast wymaganych dwóch spotkań odbyło się dziewięć.
Chcieliśmy, żeby mieszkańcy wiedzieli, jakie mają możliwości i składali uwagi. W efekcie wpłynęły 732 uwagi, z czego 404 dotyczyły stref mieszkaniowych. Każdą z nich analizowałam. Razem z Radą i urbanistą staraliśmy się uwzględnić możliwie dużą ich liczbę. Ostatecznie uwzględniono ponad 600 uwag, czyli ponad 80 proc. Rada jednogłośnie przyjęła plan. Mogłam go przedstawić radnym z przekonaniem, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, aby dokument był jak najbardziej przyjazny mieszkańcom.
Kończy się prawie osiem lat Pani pracy jako wójta. Kładła w tym czasie Pani duży nacisk na pozyskiwanie środków zewnętrznych. Moglibyśmy pokusić się o jakieś podsumowanie w tym zakresie?
Według obecnych wyliczeń jest to około 78 mln zł w ciągu ośmiu lat. Można powiedzieć, że ponad 80 proc. naszych inwestycji jest finansowanych z pozyskanych bezzwrotnych źródeł. Bardzo dużą rolę odegrał Polski Ład. Dzięki niemu mogliśmy realizować inwestycje, o których wcześniej trudno było myśleć. W ubiegłym roku inwestycje w gminie osiągnęły poziom około 28 mln zł, z czego około 22 mln stanowiły dotacje. Pozyskaliśmy również ponad 10 mln zł z KPO na autobusy. Ważnym źródłem są dla nas programy Samorządu Województwa Mazowieckiego. Praktycznie każdego roku udaje się z nich uzyskać około 2 mln zł na różne działania. Samorządowe inwestycje w bardzo dużym stopniu zależą od zewnętrznych dotacji. Bez nich ich skala byłaby znacznie mniejsza.
Komu chciałaby Pani podziękować za te lata?
Przede wszystkim Radzie Gminy za zgodną współpracę i zaufanie. To bardzo ważne, ponieważ wiem, że kiedy składamy wniosek o dofinansowanie i trzeba później szybko podejmować decyzje, mogę liczyć na wsparcie Rady. Bardzo dziękuję również pracownikom Urzędu Gminy. Ja wyznaczam kierunki i tempo, ale wszystkie te działania są później realizowane przez pracowników. Skala pracy jest ogromna. W ubiegłym roku mieliśmy około 28 mln zł inwestycji, w tym roku w budżecie jest około 27 mln. Każde dofinansowanie trzeba zdobyć, zrealizować zgodnie z wymogami i później prawidłowo rozliczyć. Dlatego te efekty są wynikiem pracy całego zespołu.














