Na czasie Polityka Radom i okolice Społeczeństwo Wywiady

Marcin Dąbrowski, Konfederacja: Reforma z lat 90. dobiła Radom. Trzeba to odkręcić

Reforma z lat 90. prawdopodobnie dobiła Radom. Jestem przeciwnikiem 17 województw – poprzedni podział administracyjny był zdecydowanie lepszy. Ludzie z Radomia lepiej rozumieją lokalne potrzeby niż decydenci w Warszawie. To dotyczy nie tylko nas, ale wielu miast – mówił Marcin Dąbrowski, prezes radomskiego okręgu Nowej Nadziei wchodzącej w skład Konfederacji, w rozmowie z Adamem Szabelakiem. W trakcie wywiadu poruszono m.in. tematy niewykorzystanego potencjału lotniska w Radomiu, problemu wysypiska śmieci zwożonych z całego regionu, administracji miejskiej, a także kwestii jakości życia mieszkańców i potrzeby ożywienia lokalnej gospodarki.

Niedawno odbyło się – zorganizowane przez radomskie struktury Konfederacji – spotkanie Rady Przedsiębiorców. Czym jest ta inicjatywa? Do kogo jest skierowana i jakie konkretne cele ma realizować w regionie radomskim?

Rada Przedsiębiorców ma przede wszystkim zapoznać nas z problemami poszczególnych przedsiębiorców. Ich branż jest bardzo dużo i nie znamy się na wszystkich. W wielu sytuacjach potrzebujemy po prostu pomocy ekspertów. Ta rada ma nam świadczyć usługi informacyjne – ludzie będą nas informować, co dzieje się w ich branży, czy nie pojawiają się tam próby szkodzenia jej, bo takie sytuacje też się zdarzają.

Głównym elementem jest to, żeby osoby w Radzie dzieliły się przemyśleniami, jak my – jako politycy – moglibyśmy im realnie pomóc, choćby na poziomie legislacyjnym. Chodzi o wszelkie ograniczenia, certyfikaty, regulacje – czy to z Brukseli, czy z Warszawy – i o to, jak one wpływają na rynek. Nie ukrywamy, że silne państwo potrzebuje funduszy. Fundusze daje hulająca gospodarka, a do tego potrzebne są silne firmy – nieograniczone głupotami czy sabotażem wobec konkretnych branż.

Czy Rada Przedsiębiorców ma być jedynie przestrzenią do dyskusji, czy planujecie także wypracowanie konkretnych postulatów lub rozwiązań dla lokalnego biznesu?

Tak, oczywiście. Nie ma co ukrywać – największa bolączka to przede wszystkim Zielony Ład. W transporcie to paliwa, samochody, presja na elektryfikację, której w wielu przypadkach po prostu nie da się zrealizować. W branży budowlanej mamy Fit for 55 i całą dyrektywę budynkową – nagle trzeba będzie masowo ocieplać budynki. Branża budowlana na to kompletnie nie jest gotowa. Może się okazać, że w ciągu kilku lat ceny wystrzelą w górę z powodu olbrzymiego popytu. To będzie tylko chwilowe szczęście, bo potem certyfikaty energochłonności będą tak rozdzielane, że rodzime firmy nie dadzą rady nic zrobić, a wejdzie konkurencja z zagranicy – głównie niemiecka, jak się domyślamy.

Chciałbym także zapytać o temat, który wywołał sporo emocji w ostatnim czasie – weto prezydenta do ustawy dotyczącej pożyczki SAFE. Jak Pan ocenia tę decyzję i sam pomysł programu SAFE? W dyskusji wokół tej ustawy pojawiła się kontrpropozycja prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego i prezydenta RP Karola Nawrockiego. Czy może ona być realną alternatywą dla rozwiązań zawartych w ustawie? Do sprawy odniósł się także poseł Konrad Frysztak, który bardzo ostro skomentował weto prezydenta, mówiąc,że jeśli w przyszłości zginie polski funkcjonariusz, to prezydent będzie miał „krew na rękach”. Jak Pan ocenia taką retorykę w debacie publicznej?

Konfederacja od lat podkreśla, że bezpieczeństwo Polski powinno opierać się przede wszystkim na sile własnej armii, a nie na wsparciu sojuszników. W kontekście programu SAFE pojawia się poważna wątpliwość – mowa o zadłużeniu na 45 lat w obcej walucie. Owszem, pożyczka ma być nisko oprocentowana i Polska prawdopodobnie samodzielnie nie uzyskałaby tak korzystnych warunków kredytu, ale doświadczenia z przeszłości pokazują, jak niebezpieczna potrafi być zmienność stóp procentowych. Tym bardziej że w tym przypadku mówimy właśnie o oprocentowaniu zmiennym.

Druga kwestia dotyczy samych zamówień zbrojeniowych. Indywidualne kontrakty dla państw mają zostać podpisane do 30 maja 2026 roku. W praktyce oznacza to zaledwie kilka miesięcy na przygotowanie przetargów i wybór najlepszego rozwiązania dla polskiej armii – co w realiach tak dużych zamówień jest właściwie nierealne. W efekcie najbardziej prawdopodobny staje się wariant wspólnych zakupów.

Problem w tym, że różne państwa mają zupełnie inne potrzeby obronne. Francja skupia się głównie na kierunku subsaharyjskim, podczas gdy dla Polski absolutnym priorytetem jest wschodnia granica. Trudno więc oczekiwać, że to właśnie nasze potrzeby będą nadawały ton takim wspólnym zamówieniom.

Warto też zauważyć, że z programu SAFE zrezygnowało już kilka państw europejskich, m.in. Austria, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Malta, Słowenia, Szwecja, a nawet Niemcy. Skoro tak wiele krajów ma wątpliwości co do sensowności tego rozwiązania, trudno uznać, że wszędzie chodzi o działanie przeciwko interesowi własnego państwa jak sugeruje poseł Frysztak.

Pojawia się również pytanie, kto realnie skorzysta na tym programie. Istnieje obawa, że SAFE w praktyce stanie się mechanizmem wspierającym przede wszystkim niemiecki i francuski przemysł zbrojeniowy. Jeśli ktoś zakłada, że polskie zakłady – takie jak Fabryka Broni Łucznik, MESKO czy zakłady Pronitu – otrzymają znaczącą część tych zamówień, może się bardzo rozczarować. Największym beneficjentem najpewniej będzie zachodnioeuropejski przemysł zbrojeniowy.

Jeszcze bardziej kontrowersyjny wydaje się pomysł części opozycji, określany jako „SAFE 0%”, który zakłada finansowanie zbrojeń poprzez sprzedaż części rezerw walutowych. W czasie gdy wiele państw na świecie intensywnie zwiększa swoje zasoby złota, Polska miałaby się ich pozbywać. Tymczasem zadaniem Narodowy Bank Polski nie jest spekulowanie na rynku kruszców, lecz budowanie stabilnych rezerw finansowych państwa.

Można to porównać do sytuacji, w której ktoś sprzedaje rodzinny majątek tylko po to, by kupić nieco lepszy samochód. To decyzja krótkowzroczna.

Wojna na Ukrainie pokazała również, że potencjał armii rosyjskiej był w wielu ocenach przeszacowany – zapowiadana „trzydniowa operacja specjalna” trwa już cztery lata. To pokazuje, że Polska jest w stanie rozwijać własne zdolności obronne i budować siłę swojej armii przede wszystkim na własnym potencjale. Wystarczyłoby rozsądniej rozdysponować środki publiczne i część pieniędzy przeznaczanych dziś na inne cele skierować choćby na produkcję i zakup podstawowego wyposażenia dla wojska.

Znacznie tańszym, a jednocześnie bardzo skutecznym sposobem wzmacniania obronności państwa mogłoby być powszechne szkolenie wojskowe młodych ludzi jeszcze w trakcie edukacji. Chodzi o to, aby kolejne roczniki zdobywały podstawowe umiejętności wojskowe zanim wejdą w dorosłe życie.

Dobrym przykładem jest tutaj Izrael, gdzie po ukończeniu szkoły średniej młodzi ludzie – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – przechodzą intensywne szkolenie wojskowe. Dzięki temu państwo dysponuje ogromną rezerwą osób przygotowanych do działania w sytuacji zagrożenia.

Podobne rozwiązanie można by wprowadzić także w Polsce. Na przykład ostatnie trzy miesiące klasy maturalnej mogłyby być przeznaczone na realne, dobrze zaplanowane szkolenie wojskowe. Co ważne, taki program mógłby być powiązany z profilem szkoły czy zawodem, którego uczą się uczniowie. Jeśli ktoś uczęszcza do technikum samochodowego, w trakcie szkolenia mógłby uczyć się obsługi i podstawowych napraw sprzętu wojskowego, tak aby po kilku miesiącach potrafił serwisować podstawowe wyposażenie jednostek zmechanizowanych.

Tymczasem politycy często wolą inwestować w widowiskowy sprzęt, przy którym można zrobić efektowne zdjęcia. A przecież istnieją także rozwiązania znacznie bardziej praktyczne. Przykładem może być program „Karkonosze”, który zakłada pozyskanie samolotów tankowania powietrznego. W stosunkowo niewielkim budżecie – mówimy o kilku setkach milionów za dwie maszyny – można w ten sposób wielokrotnie zwiększyć możliwości operacyjne lotnictwa.

Obecnie polskie F-16 Fighting Falcon muszą startować z pełnymi zbiornikami paliwa, co wymaga długich pasów startowych i ogranicza liczbę lotnisk, z których mogą operować. Gdyby Polska dysponowała tzw. „latającą cysterną”, czyli samolotem tankowania powietrznego, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Myśliwce mogłyby startować z mniejszą ilością paliwa, dotrzeć do tankowca w powietrzu i dopiero tam uzupełnić zapasy. Dzięki temu możliwe byłoby wykorzystanie także wielu lotnisk cywilnych, a samoloty nie musiałyby przerywać misji tylko po to, by wrócić na tankowanie. W efekcie znacząco zwiększyłby się ich realny zasięg i czas działania w powietrzu.

Przejdźmy teraz do ostatnich wydarzeń politycznych w naszym mieście. Ogólnopolskim echem odbiło się zachowanie posła Marka Suskiego, lidera lokalnych struktur Prawa i Sprawiedliwości, podczas Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, kiedy poseł Suski ostro zwrócił się do żołnierza Wojska Polskiego, który dowodził uroczystością. Jak ocenia Pan tę sytuację?

Zachowanie posła Marka Suskiego wobec żołnierza podczas uroczystości 1 marca było moim zdaniem niedopuszczalne. Byłem świadkiem sytuacji, w której mundurowi spokojnie tłumaczyli posłowi, że parlamentarzyści będą mogli zabrać głos po zakończeniu oficjalnej części uroczystości. Jeśli poseł miał jakiekolwiek zastrzeżenia do działań żołnierzy, mógł zgłosić je przełożonym. Zamiast tego wybrał publiczne oskarżenia. Oczywiście parlamentarzysta ma prawo przemawiać podczas takich wydarzeń i w tym sensie poseł miał rację. Problemem był jednak sposób, w jaki zwracał się do zgromadzonych — ton i forma tej wypowiedzi były po prostu nie do przyjęcia.

Trudno też nie zauważyć pewnej sprzeczności. Prawo i Sprawiedliwość przez lata podważało autorytet prokuratury i sądów, a teraz uderza także w służby mundurowe. To dość zaskakujące, zwłaszcza jak na środowisko polityczne, które jeszcze niedawno głośno skandowało hasło „Murem za polskim mundurem”.

Jak ocenia Pan politykę prowadzoną przez władze Radomia i dorobek prezydenta Radosława Witkowskiego?

Przez te 10 lat trzeba przyznać jedno: Radom wypiękniał. Ulica Żeromskiego, deptak – coś pięknego. Jak się pamięta dawne czasy, to każdy wie, że lepiej tam nie było się kręcić, bo można było stracić portfel. Obecnie wygląda to niezwykle estetycznie. Są inne pozytywne akcenty, np. oddana niedawno ulica Wolanowska – wspaniała droga, teraz jeździ się nią świetnie. Niestety jest to podszyte gigantycznym długiem – Radom ma ponad miliard złotych zadłużenia, a razem ze spółkami miejskimi to dwa miliardy. Kto to spłaci – nie wiadomo.

Co do rządów pana Witkowskiego – część inwestycji była przygotowana jeszcze za jego poprzednika. Nowa ekipa dobrała się do spółek i po prostu ciągnie to wszystko dalej. W ostatnim czasie mamy sytuację, w której na przykład ni stąd, ni zowąd powołujemy miejski urząd pracy – w czasie, gdy nawet rząd Tuska zastanawiał się nad likwidacją urzędów powiatowych. Po co nam dodatkowy, skoro to generuje tylko koszty?

Na łamach naszego portalu informowaliśmy niedawno o rankingu jakości życia w polskich miastach wojewódzkich przygotowanym przez Business Insider. W zestawieniu znalazło się 16 miast wojewódzkich – Radomia oczywiście w nim nie było, ponieważ nie posiada statusu miasta wojewódzkiego. Jak pan ocenia jakość życia w Radomiu i codzienne funkcjonowanie mieszkańców? W przestrzeni publicznej wciąż pojawiają się głosy społeczników, którzy postulują przywrócenie Radomiowi statusu miasta wojewódzkiego. Jak pan patrzy na tę inicjatywę i czy uważa ją za realną w obecnych warunkach politycznych?

Radom ma wiele plusów. To nie jest miasto wysokie, tylko szerokie – można wszędzie dojechać w miarę szybko. Coś w stylu miasta 15-minutowego. Nie jest tak ogromne jak Warszawa, ale też nie małe – mamy tu życie miejskie, choć coraz mniejsze patrząc na pustki w restauracjach na Żeromskiego w weekendy.

Reforma z lat 90. prawdopodobnie dobiła Radom. Jestem przeciwnikiem 17 województw – poprzedni podział administracyjny był lepszy. Ludzie z Radomia lepiej rozumieją lokalne potrzeby niż decydenci w Warszawie. To dotyczy nie tylko nas, ale wielu miast.

Na koniec chciałbym zapytać szerzej o przyszłość miasta. Jakie trzy najważniejsze problemy Radomia – Pana zdaniem – wymagają dziś najpilniejszej reakcji ze strony władz lokalnych i polityków?

Najważniejsze jest wreszcie wzięcie się za lotnisko. Włożono w nie 800 milionów złotych – nie można tego po prostu marnować i udawać, że nic się nie stało. Radom to nie tylko Airshow co dwa lata. Lokalne władze same sobie z tym nie poradzą, ale trzeba działać. Ja często jeżdżę do Warszawy i widzę, co się dzieje na Okęciu – prędzej czy później zostanie ono wchłonięte przez rozwijające się miasto, a tam prawie całe cargo działa na pełnych obrotach. Mamy przecież ekspresówkę S7 łączącą nas bezpośrednio z Warszawą – naprawdę tak trudno zachęcić firmy logistyczne, żeby przeniosły tu część magazynów i operacji? Rozumiem, że to koszty, ale można je motywować: „Jeśli chcecie koniecznie mieć ruch pasażerski w centrum Warszawy, to oddajcie chociaż cargo do Radomia”. Lotnisko stoi praktycznie nieużywane, pas startowy jest w dobrym stanie – nie wymaga napraw. To dałoby ogromny impuls rozwojowy miastu i przede wszystkim nowe miejsca pracy dla ludzi.

Druga sprawa, która boli nas od lat, to wysypisko śmieci. Zwożą tu odpady z 60–70 gmin z całego okręgu, a Radom praktycznie nic z tego nie ma – tylko problemy, uciążliwość i ryzyko środowiskowe. Trzeba to wreszcie uporządkować. Warto zainwestować w nowoczesną spalarnię z porządnymi filtrami – taką, która nie emituje do atmosfery nadmiaru dwutlenku węgla ani innych szkodliwych substancji, a jednocześnie likwiduje góry śmieci. Można też postawić automatyczną sortownię. Jeśli miasto stać na tworzenie dodatkowego, miejskiego urzędu pracy – co jest po prostu pokazem głupoty i generuje tylko koszty – to na pewno stać nas na porządną instalację, która rozwiąże ten problem raz na zawsze i może nawet coś zarobi.

No i trzecia rzecz, która mnie najbardziej irytuje – to powszechne marnotrawstwo i rozdęcie administracji. Urzędy trzeba odpolitycznić i realnie odchudzić. To już lokalny żart: wystarczy zostać wiceprezydentem Radomia, a zaraz ma się ciepłe, kierownicze stanowisko w jakimś nowo powstałym urzędzie czy spółce. To wszystko pożera gigantyczne pieniądze z naszych podatków. Gdybyśmy skupili się tylko na odchudzeniu tych struktur, zniknęłoby wiele obecnych problemów. Przy takim zadłużeniu – nie powinniśmy wydawać pieniędzy na nowe place zabaw czy kolejne „miejsca wypoczynku” na Placu Jagiellońskim. Bez urazy, ale jeśli komornik już puka do drzwi, to może lepiej nie inwestować w takie rzeczy? Zamiast tego skupmy się na zwiększaniu dochodów miasta.

W zeszłym roku podatek gruntowy poszedł w górę o 30 procent – ludzie to widzą i uciekają z Radomia, bo nie widzą tu żadnej przyszłości. Władzy może fajnie się żyje, ale mieszkańcom nie. Trzeba im wreszcie zwrócić nadzieję – prawdziwą, czujną nadzieję. Gdybyśmy mieli trochę sprytniejszych włodarzy, to jeden z wiceprezydentów – nieważne kto – praktycznie codziennie byłby w ministerstwach i lobbował za projektami wojskowymi, produkcją technologii obronnych czy przeniesieniem jakiś urzędów z Warszawy tutaj. Takie rzeczy się udają – wystarczy spojrzeć na Bielsko-Białą, gdzie Krajowa Informacja Skarbowa daje pracę setkom ludzi na prowincji. Nie wszyscy w Radomiu są inżynierami i będą pracować przy broni, ale nawet zwykły urząd podniósłby rangę miasta. Zwłaszcza że po reformie administracyjnej z lat 90. wiele dawnych miast wojewódzkich, w tym nasze, zostało potraktowanych bardzo źle. Czas to odkręcać – nie czekając na łaskę z Warszawy.

Dziękuję za rozmowę.