Kultura i rozrywka Na czasie Radom i okolice Społeczeństwo Wyróżnione

Podniebne święto znika z kalendarza. Czy to koniec ery Air Show w Radomiu?

Air Show Radom 2023 / fot. Michał Bożek

Idea międzynarodowych pokazów lotniczych w Polsce narodziła się w 1991 roku na poznańskiej Ławicy. Od 2000 roku pokazy lotnicze zagościły w Radomiu. Trzydzieści pięć lat później legendarne Air Show znika z kalendarza – Ministerstwo Obrony Narodowej oficjalnie odwołało edycję 2027. Na jest jasne na jak długo. W efekcie znika jedno z najskuteczniejszych narzędzi budowania odporności społecznej, rekrutacji do wojska i prestiżu Polski w NATO. Bezapelacyjnie ucierpi na tym również nasze miasto.

W Święto Lotnictwa, 25 sierpnia 1991 roku, poznańska Ławica stała się sceną pierwszych dużych pokazów lotniczych w III RP. Fani awiacji mogli podziwiać maszyny ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Polski. Na niebie i na wystawie statycznej pojawiły się m.in. amerykańskie F-16 i F-15, francuskie Mirage 2000, brytyjskie Tornado oraz radzieckie Su-27. Przyciągnęło to ponad 200 tysięcy widzów. Ten rok był przełomowy także dlatego, że polskie samoloty i zespoły akrobacyjne – w tym formacja Rombik, która później przyjęła nazwę Biało-Czerwone Iskry – zaczęły śmiało wyruszać na zagraniczne pokazy.

Przez kolejne lata impreza zmieniała lokalizację, stając się prawdziwym świętem polskiego lotnictwa wojskowego. W 1995 roku gospodarzem był Dęblin i lotnisko „Szkoły Orląt”, gdzie publiczność po raz pierwszy zobaczyła m.in. symulowaną walkę powietrzną między MiG-29 a MiG-23 oraz oficjalny występ zespołu Iskry w sześcioosobowej formacji. Rok później festyn lotniczy w Bydgoszczy uświetnił 650-lecie miasta, a w 1998 roku Dęblin ponownie gościł lotników z dziewięciu państw z okazji 80. rocznicy powstania polskiego lotnictwa wojskowego.

Prawdziwy przełom nastąpił w 2000 roku, kiedy Międzynarodowe Pokazy Lotnicze Air Show po raz pierwszy zagościły w Radomiu. Połączyły się tematycznie z Międzynarodowym Salonem Przemysłu Obronnego w Kielcach i stały się imprezą cykliczną. Radomskie niebo szybko stało się domem dla krajowych sił zbrojnych oraz licznych gości z zagranicy – holenderskich i amerykańskich F-16, francuskich Mirage’ów czy czeskich maszyn.

Kolejne edycje przynosiły coraz większy rozmach, ale też trudne próby. W 2002 roku pokazy odbywały się w gorącej atmosferze poprzedzającej przetarg na wielozadaniowy samolot dla polskiego wojska, gdzie o względy walczyły F-16, Gripen i Mirage 2000-5. Rok 2003 przyniósł huczne obchody 85-lecia polskiego lotnictwa wojskowego i debiut słynnego brytyjskiego zespołu Red Arrows.

Niestety, lata następne zapisały się w pamięci także dramatycznymi momentami. Podczas edycji w 2007 i 2009 roku doszło do tragicznych wypadków z udziałem m.in. grupy Żelazny oraz załogi białoruskiego Su-27. Te wydarzenia kładły cień na organizację kolejnych pokazów i wymusiły bezwzględny nacisk na kwestie bezpieczeństwa.

Mimo trudności impreza rosła w siłę. Edycja z 2011 roku zgromadziła aż 180 statków powietrznych i sześć czołowych zespołów akrobacyjnych z Europy. Z kolei edycje z 2013, 2015, 2017 oraz rekordowa pod wieloma względami odsłona z 2023 roku ugruntowały pozycję Radomia jako największego festiwalowego centrum lotniczego w Europie Środkowej. Blisko 180 tysięcy widzów, niezapomniane pokazy dynamiczne, defilady i potężne wystawy sprzętu wojskowego NATO – to wszystko stało się znakiem rozpoznawczym radomskiego nieba.

Pasmo sukcesów przerwało jednak kolejne tragiczne wydarzenie. W sierpniu 2025 roku podczas treningu do pokazów rozbił się myśliwiec F-16C Jastrząb. Zginął major pilot Maciej „Slab” Krakowian. Pod znak zapytania postawiono przyszłość jednego z najważniejszych symboli polskiej awiacji.

Bolesny cios dla Radomia

Ostatnie miesiące zdecydowanie nie napawają optymizmem, przynosząc smutne wieści dotyczące przyszłości Air Show w Radomiu.

Wszystko zaczęło się od interpelacji radnego Rady Miejskiej Artura Standowicza (PiS), który zwrócił uwagę, że do planowanego na 2027 rok wydarzenia pozostało niewiele ponad rok, a brak jakichkolwiek przygotowań budzi niepokój. Radny przypomniał, że dotychczas zaproszenia dla zagranicznych ekip wysyłano z rocznym lub nawet półtorarocznym wyprzedzeniem. Fakt, że jako Radomianie musieliśmy się jeszcze dopytywać czy Air Show będzie czy nie będzie, budzi ogromne rozgoryczenie.

W odpowiedzi władze Radomia przyznały, że oficjalna decyzja dotycząca organizacji wydarzenia należy wyłącznie do Ministerstwa Obrony Narodowej, a samorząd wciąż czeka na jasne stanowisko i pozostaje w pełnej gotowości do natychmiastowego podjęcia prac. Sytuacja nabrała tempa, gdy w lipcu radny Standowicz skierował do MON oficjalny wniosek o udostępnienie informacji publicznej. W odpowiedzi por. Marta Mleczko z Departamentu Komunikacji i Promocji resortu jednoznacznie poinformowała, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie będzie organizować pokazów lotniczych Air Show w Radomiu w 2027 roku.

Nadzieje ostatecznie rozwiało oficjalne pismo wiceminister obrony narodowej Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej. Potwierdziła, że przyszłoroczna edycja nie dojdzie do skutku z przyczyn czysto operacyjnych. Resort zaznaczył, że choć Air Show w Radomiu ma ogromną wartość promocyjną, edukacyjną i patriotyczną oraz zalicza się do największych tego typu wydarzeń w Europie, obecna sytuacja wymusza rezygnację z organizacji wydarzenia. Prezydent Witkowski nie ukrywał rozczarowania, zapewniając jednocześnie, że Radom pozostaje w stałym kontakcie z ministerstwem i będzie zabiegał o powrót podniebnego święta, gdy tylko pozwolą na to warunki. Tym samym stało się jasne: w 2027 roku fani lotnictwa muszą przygotować się na bolesną przerwę. Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się tego od władz miejskich, tylko po interwencji radnego opozycji. Skoro MON wiedział, że imprezy nie będzie to nie wiedziały tego władze miejskie?

MON bierze na pewno pod uwagę istotne względy wynikające m.in. z naszej sytuacji geopolitycznej. Trudno jednak wyciągać jednoznaczne wnioski, bo nie znamy w pełni obiektywnych czynników takiej a nie innej decyzji – a mogły za nią stać przykładowo ograniczenia budżetowe. Należy też pamiętać, że tragiczne wypadki lotnicze zdarzają się na całym świecie regularnie i wpisują się w ryzyko tego zawodu, nie będąc wyłączną przeszkodą do organizacji takich wydarzeń.

Nie musimy wybierać między wszystkim a niczym

Ogłoszenie decyzji wywołało w sieci ożywioną dyskusję. Z jednej strony pojawiają się opinie, że w obliczu wydatków obronnych czy incydentów w powietrzu priorytetem powinny być zakupy i przygotowanie bojowe, a alternatywą miałaby być rzekomo w pełni wystarczająca coroczna defilada wojskowa 15 sierpnia w Warszawie. Z drugiej – zwolennicy imprezy punktują stratę unikalnego narzędzia rekrutacji do wojska, cios dla lokalnej gospodarki i prestiżu regionu.

W moim odczuciu nie ma absolutnie żadnej dyskusji, że radomskie Air Show jest potrzebne. Próba sprowadzenia tego wydarzenia do roli zwykłego, błahego festynu rozrywkowego to gigantyczne nieporozumienie i rażący błąd perspektywy. Z punktu widzenia strategicznego interesu państwa międzynarodowe pokazy lotnicze są potężnym filarem politycznym, obronnym oraz gospodarczym, którego korzyści dotykają samej istoty naszej racji stanu.

Przede wszystkim mówimy tu o fundamentach bezpieczeństwa narodowego i rekrutacji do wojska. W dobie gigantycznych wyzwań dla bezpieczeństwa żaden spot w telewizji ani sucha kampania billboardowa nie zafascynuje młodego człowieka tak, jak widok najnowocześniejszych myśliwców z bliska, ryk silników odrzutowych rozrywający powietrze i bezpośrednia rozmowa z pilotem. To właśnie podczas takich wydarzeń buduje się bezcenną odporność społeczną, o której swoją drogą tak wielu polityków mówi. Widząc na własne oczy potęgę i kunszt rodzimych oraz sojuszniczych pilotów, obywatele zyskują autentyczne poczucie dumy i bezpieczeństwa. To skutecznie umacnia wojsko w oczach obywateli i pokazuje, jak realnie materializują się rekordowe wydatki obronne.

Wielu pilotów, którzy obecnie latają na maszynach pod biało-czerwoną szachownicą, zaraziło się miłością do awiacji właśnie dzięki takim wydarzeniom. Major pilot Wojciech „Ramrod” Kieczur, jeden z najbardziej znanych pilotów demonstracyjnych F-16 i były lider zespołu F-16 Tiger Demo Team, głośno mówi o swoich początkach. W wywiadach podkreśla, że zakochał się w lotnictwie wojskowym jako mały chłopiec, gdy ojciec zabrał go na pokazy. Bezpośredni kontakt z ryczącymi myśliwcami na żywo zdefiniował jego dorosłe życie i zadecydował o wstąpieniu do „Szkoły Orląt” w Dęblinie.

Podobnie potoczyła się historia Łukasza Czepieli, mistrza świata Red Bull Air Race i pilota komercyjnego znanego z lądowania na molo w Sopocie czy dachu wieżowca w Dubaju. Jako sześciolatek w 1989 roku podczas lokalnych pokazów na lotnisku Jasionka w Rzeszowie zobaczył podniebne akrobacje i oznajmił tacie, że chce być pilotem.

Z kolei Artur Kielak, wybitny mistrz Polski w akrobacji samolotowej i kapitan Boeinga 737, który regularnie uświetniał pokazowe niebo m.in. spektakularnymi lotami w parze z myśliwcem MiG-29, wychował się w otoczeniu lotniczych pasji. Oglądanie maszyn w locie podczas lokalnych pikników i imprez ukształtowało w nim żelazną determinację do zdobycia licencji mimo braku tradycji rodzinnych.

Nie zapominajmy też o czymś, co dzieje się poza samym niebem – o atmosferze na terenie lotniska, gdzie stykają się świat munduru i cywilna rzeczywistość. Gdy tysiące ludzi mogą dotknąć potężnych maszyn, porozmawiać z mechanikami, zobaczyć z bliska wyposażenie żołnierzy i poczuć zapach paliwa lotniczego. Wojsko wtedy przestaje być dla nich odległą instytucją z telewizyjnych ekranów. Staje się „naszą” armią. To właśnie w tych tłumach, między stoiskami Wojsk Obrony Terytorialnej a wystawami sprzętu, rodzi się autentyczny szacunek do trudnej służby i poczucie, że w obliczu potencjalnego zagrożenia wszyscy gramy do tej samej bramki. Tego obywatelskiego zaufania i społecznej solidarności nie da się zbudować w żaden inny sposób.

Równie ważny jest wymiar geopolityczny i dyplomatyczny imprez w stylu Air Show. Obecność potężnych maszyn z państw NATO na jednym polskim lotnisku to czytelny dowód na interoperacyjność i logistyczną dojrzałość Polski, a także unikalna przestrzeń do rozmów na szczeblu dowódców sił powietrznych i ministrów obrony. Do tego dochodzi wymiar gospodarczy, innowacyjny i technologiczny – od wystaw statycznych krajowego przemysłu zbrojeniowego, przez rozbudzanie w dzieciach pasji do nauk ścisłych i politechnicznych, po gigantyczny zastrzyk finansowy dla całego regionu. Całość dopełniają korzyści operacyjno-szkoleniowe. Przyjęcie w krótkim czasie dziesiątek unikalnych statków powietrznych to ekstremalny test logistyczny i bezcenny trening procedur, którego nie da się zastąpić żadnymi symulatorami.

Ale – i tu jest kluczowa różnica w stosunku do skrajnych postulatów – nie musimy wracać do formuły „jak było”. Po katastrofie 2025 roku da się zrobić Air Show mądrzej i bezpieczniej. Można „chwilowo ograniczyć” polski udział w pokazach dynamicznych do minimum, zostawić przede wszystkim zespoły zagraniczne, które przyjeżdżają z własnymi procedurami, doświadczeniem i ubezpieczeniem. Można ograniczyć najbardziej ryzykowne figury albo przenieść część programu na wystawy statyczne i pokazy śmigłowcowe. Da się robić imprezę mniejszą, bardziej kontrolowaną, ale wciąż atrakcyjną. Przykłady z Czech czy nawet z polskiego Leszna pokazują, że myśliwce mogą pojawiać się na pokazach bez konieczności odtwarzania pełnego, ekstremalnego programu demonstracyjnego. I da się to zrobić bezpiecznie.

Taki kompromis nie zadowoli ani „miłośników bezpieczeństwa”, ani tych, którzy chcą „pełnego Radomia”. Ale pozwala zachować to, co w Air Show najcenniejsze: kontakt społeczeństwa z lotnictwem, możliwość zobaczenia sojuszniczych maszyn z bliska, impuls dla lokalnej gospodarki i sygnał, że Polska nie rezygnuje z budowania kultury lotniczej, tylko uczy się na błędach.

Gorzka refleksja mieszkańca Radomia

I na koniec, patrząc na to wszystko z pewną gorzką refleksją – pewnie i tak skończy się na tym, że ten nasz głos, podobnie jak setki innych głosów rozczarowanych pasjonatów i mieszkańców, po prostu nie wskóra wiele. Nie będzie miał żadnego znaczenia dla wielkiej polityki. Bo i prawda jest taka, że nie wiemy w pełni jakie „względy operacyjne” MON ma na myśli. Trzeba jednak z całą mocą walczyć z mitem rzekomej „klątwy radomskiego lotniska”. Wypadki mogą zdarzyć się wszędzie. Po prostu powinny być one sygnałem, żeby wzmocnić procedury bezpieczeństwa i ograniczyć najbardziej ryzykowne manewry. Radom to wspaniałe miasto o długich tradycjach lotniczych. Air Show to nasz regionalny skarb, o który powinniśmy walczyć z całych sił.