Radom i okolice Wiadomości

Tragedia pacjenta szpitala na Józefowie. Sprawę bada prokuratura

Do naszej redakcji zgłosiła się pani Joanna, która opisała nam bulwersująca sprawę, dotyczącą jej taty i sposobu potraktowania go przez Mazowiecki Szpital Specjalistyczny w Radomiu. Kobieta i jej rodzina uważają, że gdyby nie rażące zaniedbania ze strony szpitala, nie doszłoby do tragedii. Do śmierci mężczyzny.

70-letni pan Władysław 3 grudnia 2020 roku źle się poczuł, było mu niedobrze, odbył wizytę u lekarza na doraźnej wieczornej pomocy, podczas której nie zlecono wykonania żadnych badań i stwierdzono, że nic złego się nie dzieje.

Następnego dnia, około 6:00 rano mężczyzna znów źle się poczuł.

Czuł, że dzieje się z nim coś złego, ale nie potrafił tego określić, ale widać było, że słabnie i tak jakby chciało mu się spać. Miał problem z utrzymaniem łyżki w dłoni, samodzielnym napiciem się wody, raz zwymiotował.

– relacjonuje córka 70-latka.

Rodzina wzywała karetkę dwa razy. Za pierwszym razem odmówiono wysłania zespołu i zalecono podanie kropli żołądkowych. Drugie wezwanie pogotowia okazało się skuteczne. Po wstępnym badaniu zdecydowano o zabraniu pacjenta do szpitala. Jak relacjonuje rodzina, mężczyzna z pomocą ratowników wsiadł do karetki, był świadomy, ale bardzo słaby i senny.

I w tym momencie rozpoczyna się dramat zarówno pacjenta, jak i rodziny.

Ze względu na panującą obecnie epidemię, nikt z najbliższych nie mógł towarzyszyć panu Władysławowi w szpitalu. Rodzina otrzymała tylko od ratowników numer telefonu, pod którym można uzyskać informacje o pacjencie.

Z dokumentacji medycznej wynika, że o godz. 9:10 pacjent został przyjęty "w trybie nagłym w wyniku przekazania przez zespół ratownictwa medycznego".

Rodzinie, po wielu próbach, ok. godz. 11:00 udaje się uzyskać telefoniczną informację, że mężczyzna czeka pod gabinetem. Ok. godz. 13:00 żona 70-latka podejmuje kolejne próby kontaktu ze szpitalem.

Było dokonane kilka prób na inne numery telefonów, odsyłano na kolejne numery i nikt nie potrafił udzielić informacji co dzieje się z tatą i gdzie się znajduje (z tego co udało się ustalić został zarejestrowany). Raz były to informacje, że jest pod gabinetem i czeka na badanie (nie padła informacja jakie), innym razem, że nie ma takiego pacjenta w systemie – sprzeczne informacje. Gdy dzwoniliśmy pod specjalny numer przeznaczony dla rodzin pacjentów nikt nie odbierał.

– relacjonuje pani Joanna.

Po godz. 15:00 rodzina podejmuje kolejną próbę kontaktu. Ale to, co tym razem usłyszy w słuchawce będzie szokujące. Osoba z personelu medycznego informuje, że nie ma takiego pacjenta w systemie. A gdy próbuje się czegoś dowiedzieć, nie odkłada słuchawki i rodzina może usłyszeć, że mężczyzna się wypisał a szpital zawiadomił policję.

W dokumentach ze szpitala widnieje notatka: „Godz. 14:41 – Wypisany. Bez podpisu pacjent samodzielnie opuścił SOR. Zawiadomiono policję”.

To było druzgocące i niezrozumiałe dla rodziny. Ale nie zdążyli ochłonąć, ponieważ po kilku minutach zjawiła się pod domem policja, informując, że szpital zgłosił zaginięcie pana Władysława. Po krótkiej wymianie zdań policja i żona mężczyzny udają się do szpitala.

Na miejscu, ok. godz. 16:00 kobieta jest świadkiem, jak jej mąż jest przewożony w ciężkim stanie. Po godz. 20:00 stan pacjenta uległ znacznemu pogorszeniu, został zaintubowany, był nieprzytomny.

7 grudnia mężczyzna zmarł.

Sprawą zajmuje się policja i prokuratura. Nieoficjalnie rodzina dowiedziała się, że mężczyzna cały czas przebywał w tym samym miejscu, w którym go posadzono i przez wiele godzin nikt się nim nie zainteresował. Córka 70-latka wniosła o zabezpieczenie monitoringu ze szpitala. Niestety, jak się okazało, jest on niesprawny od ok. 3 miesięcy i nic się nie rejestruje.

Rodzina pana Władysława nie kryje żalu i złości. Stara się za wszelką cenę wyjaśnić sprawę.

Myślę, że gdyby pomoc ze strony personelu nastąpiła od razu po przybyciu na teren szpitala, nie doszłoby do takiej sytuacji. Nastąpiła ogromna znieczulica ze strony personelu, bo to, że stan zdrowia nie pozwalał mu na to, aby reagować i domagać się pomocy to nie znaczy, że powinien zostać sam sobie, bez żadnej pomocy. Ja i moja rodzina domagamy się, aby szpital dołożył wszelkich starań i udzielił nam rzetelnych wyjaśnień, jak mogło dojść do tak ogromnych zaniedbań w stosunku do mojego taty i mam nadzieję, że szpital wyciągnie wnioski aby nie dochodziło w przyszłości do takich sytuacji.

– mówi pani Joanna.

Uważam, że postawa służby medycznej w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu to wstyd. Przejście przez SOR to droga przez mękę i przetrwają nieliczni, którzy potrafią się sami obronić. Każde stanowisko pracy wymaga odpowiedzialności a praca lekarzy/personelu medycznego w szczególności, gdyż odpowiada za ludzkie zdrowie i życie a niestety w tym przypadku coś zawiodło.

– dodaje kobieta.

Skontaktowaliśmy się z Mazowieckim Szpitalem Specjalistycznym, w celu uzyskania komentarza w tej sprawie.

Skarga rodziny tego pacjenta wpłynęła do naszego szpitala 5 stycznia br. Rozpoczęliśmy proces wyjaśniający. O jego wynikach będziemy informować stosowne instytucje i rodzinę pacjenta.

– mówi Karolina Gajewska – rzecznik Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

kpa.