Radomski Czerwiec ’76 pozostaje jednym z najbardziej symbolicznych momentów w powojennej historii miasta. Pięć dekad po robotniczym proteście wracamy do wydarzeń, które na zawsze zmieniły Radom i wpłynęły na historię Polski. Jakie lekcje możemy wyciągnąć z tej historii?
Kontekst historyczny
25 czerwca 1976 roku Radom napisał jedną z najwspanialszych kart w powojennej historii Polski. Tego dnia nie politycy ani intelektualiści, lecz zwykli radomscy robotnicy – spawacze, tokarze, szwaczki, kierowcy i monterzy – wyszli na ulice, by powiedzieć „dość” systemowi, który traktował ich jak tanią siłę roboczą. Zaczęło się od strajku w Zakładach Metalowych im. gen. Waltera, a skończyło na wielotysięcznej demonstracji, płonącym budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR i brutalnej pacyfikacji.
Był to największy protest robotniczy w Radomiu w czasach PRL. W kulminacyjnym momencie na ulicach miasta znajdowało się nawet 20–25 tysięcy osób. Protest rozlał się na kilkadziesiąt zakładów pracy, a gniew ludzi był tak wielki, że władza komunistyczna musiała ściągać posiłki ZOMO i milicji z całego kraju.

Wszystko zaczęło się od decyzji premiera Piotra Jaroszewicza z 24 czerwca 1976 roku. Rząd ogłosił drastyczne podwyżki cen żywności: mięso droższe średnio o 69%, cukier o 200%, a wiele innych produktów nawet o 100%. Dla rodzin żyjących z niskich pensji, często wielodzietnych, była to granica wytrzymałości. Ludzie nie wyszli na ulicę z hasłami politycznymi, lecz wyszli walczyć o godność, o chleb dla dzieci i o podstawową sprawiedliwość.
– Byłem dobrze zapowiadającym się sportowcem w dziedzinie boksu. 25 czerwca 1976 r. szedłem na trening, ale po drodze dołączyłem do protestujących. Wtedy nie wiedziałem, że miał to być mój ostatni trening w życiu
mówił śp. Stanisław Kowalski, uczestnik radomskiego protestu, późniejszy prezes Stowarzyszenia „Radomski Czerwiec 1976”.
Zobacz też:
Marsz pod budynek KW PZPR przy ulicy 1 Maja szybko przerodził się w otwarte starcie z władzą. Demonstranci wdarli się do gmachu komitetu. Gdy okazało się, że I sekretarz Janusz Prokopiak gra na czas, tłum zaczął niszczyć symbole reżimu. Około godziny 15 budynek stanął w płomieniach. W odpowiedzi władza rzuciła przeciwko własnemu społeczeństwu oddziały ZOMO. Rozpoczęły się dramatyczne sceny: barykady, „ścieżki zdrowia”, pałowanie, gaz łzawiący i masowe aresztowania.
Cena odwagi okazała się bardzo wysoka. Zginęli Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki, 27-letni Jan Brożyna został śmiertelnie pobity przez funkcjonariuszy, a ks. Roman Kotlarz – kapłan, który publicznie wsparł protestujących – zapłacił za to życiem kilka miesięcy później. Setki osób rannych, ponad 600 zatrzymanych, blisko tysiąc zwolnionych z pracy. Radom stał się „miastem z wyrokiem” – represje były tu najcięższe w całym kraju.
Mimo to właśnie z Radomia wyszedł impuls, który zmienił bieg polskiej historii. Protesty Czerwca ’76 doprowadziły bezpośrednio do powstania Komitetu Obrony Robotników (KOR) – mostu między robotnikami a inteligencją, który kilka lat później zaowocował Sierpniem ’80 i „Solidarnością”.
– Trzeba było wyjść na ulice i zrobić swoją robotę, żeby skończyć z oprawcami i komuną
mówił w „Polskim Radiu Jedynka” Stanisław Kowalski.
Pół wieku później pytamy nie tylko o to, co wydarzyło się 25 czerwca 1976 roku, ale przede wszystkim:
Czego możemy się nauczyć od protestujących radomskich robotników?
Pół wieku to wystarczająco dużo czasu, by spojrzeć na tamte dramatyczne wydarzenia z perspektywy, która pozwala dostrzec ich prawdziwą głębię. Radomski Czerwiec nie był tylko buntem przeciwko podwyżkom cen. To była szkoła życia – twarda, bolesna, ale niezwykle inspirująca. Szkoła, z której płynie kilka fundamentalnych lekcji, aktualnych dziś tak samo, jak były wtedy. Czy z nich skorzystamy w chwili próby? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.
Po pierwsze – odwagi.
Zwykli radomscy robotnicy nie mieli ani tytułów naukowych, ani politycznego doświadczenia, ani żadnego zaplecza w postaci organizacji czy sponsorów. Byli spawaczami, tokarzami, monterami, szwaczkami, kierowcami ciężarówek i zwykłymi pracownikami hal produkcyjnych. Ludźmi, którzy codziennie o świcie stawali przy taśmie, wracali do bloków, gdzie czekała rodzina, a w lodówce raczej nie gościły szampany i kawiory.
A jednak 25 czerwca 1976 roku zrobili coś, co wielu uznałoby za szaleństwo – wyszli na ulicę i powiedzieli: „dość”. Nie planowali rewolucji, nie mieli gotowego manifestu ani strategii na kilka miesięcy do przodu. Po prostu mieli dość kłamstwa, upokorzenia i systemu, który obiecywał „socjalistyczny raj”, a w rzeczywistości oferował puste półki, głodowe pensje i arogancję władzy. Chcieli godnie żyć, nakarmić dzieci, kupić im buty i ubrania bez kombinowania i kolejek. Chcieli czuć się ludźmi, a nie trybikami w wielkiej machinie.
– Tego dnia większość z nas nawet nie rozpoczyna pracy. Około godziny 8.00 zaczynamy wychodzić z zakładu. […] Jesteśmy spokojni, weseli. W końcu to całkiem inny dzień niż wszystkie. Mamy poczucie, że robimy coś ważnego
mówił anonimowy uczestnik czerwcowych wydarzeń cytowany przez portal histmag.pl.
Ta odwaga nie była zaplanowana w tajnych mieszkaniach opozycji. Była spontaniczna, surowa i autentyczna. Zaczęło się rankiem na wydziale P-6 w „Walterze”, gdzie jedna brygada przerwała pracę. Kilka minut później dołączyły kolejne, a potem cała fabryka. Z wózkami akumulatorowymi ruszyli do sąsiednich zakładów – „Radoskóru”, „Blaszanki”, fabryki tytoniowej, ZSG. Jak lawina. W ciągu kilku godzin kilkanaście tysięcy osób zalało ulice Radomia.

I właśnie w tej spontaniczności tkwi największa siła Radomskiego Czerwca. Pokazał on coś uniwersalnego i ponadczasowego: największa siła nie leży w wielkich liderach czy instytucjach, lecz w zwykłych ludziach, którzy w pewnym momencie przestają się bać i mówią „nie”. Nie muszą mieć wszystkiego poukładanego. Wystarczy, że mają dość.
W dzisiejszych czasach ta lekcja nabiera szczególnego smaku, ponieważ żyjemy w erze, w której o wiele łatwiej jest kliknąć „lajk”, napisać gniewny komentarz pod postem czy udostępnić mema, niż realnie stanąć w obronie tego, co ważne. Łatwiej jest milczeć, gdy widzi się niesprawiedliwość w pracy, w urzędzie czy w mediach. Łatwiej jest „nie wychylać się”, bo „po co mi to”.
Radomscy robotnicy z 1976 roku przypominają nam z całą mocą, że prawdziwa zmiana nigdy nie zaczyna się od wielkich słów ani wygodnych gestów. Zaczyna się od jednego odważnego człowieka, który zamiast milczeć – wychodzi przed bramę fabryki. Który mówi „dość” i pociąga za sobą innych.
– Do protestu zachęciły mnie uliczne okrzyki. Później okazałem się tak aktywny, że zasądzono mi najwyższy wyrok… Myślałem, że wywiozą mnie na Sybir… Ale pozostałem, odmieniony i niepogodzony na zawsze
przekazuje na stronie czerwiec76.pl, Krzysztof Gniadek, uczestnik protestu.
Po drugie – dumy.
Radom zapłacił za swój bunt najwyższą możliwą cenę. Po wydarzeniach 25 czerwca miasto zostało brutalnie ukarane. Władza komunistyczna, przerażona skalą protestu, postanowiła zrobić z Radomia przykład dla całej Polski. Represje były tu najcięższe spośród wszystkich ośrodków Czerwca ’76. „Ścieżki zdrowia” w komendach milicji, masowe zwolnienia z pracy, aresztowania, procesy pokazowe, wieloletnie szykany i niemożność znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia.

Radom został oficjalnie okrzyknięty „miastem z wyrokiem” – miejscem, które miało boleśnie odczuć, co oznacza sprzeciw wobec „ludowej władzy”. Niektórzy mieszkańcy twierdzą, że kara trwa do dziś.
Przez wiele lat po 1976 roku miasto płaciło tę cenę codziennie. Ludzie tracili pracę, rodziny rozbijały się pod ciężarem biedy i strachu, a w oficjalnej propagandzie radomskich robotników nazywano chuliganami, awanturnikami i przede wszystkim „Warchołami”. Wydawało się, że system wygrał – że udało mu się złamać miasto i wymazać tamten czerwcowy dzień z pamięci.
A jednak historia napisała zupełnie inny scenariusz.
Dzięki tamtemu protestowi Radom na zawsze wpisał się w wielką historię Polski jako jedno z najważniejszych miejsc narodzin polskiej wolności. To właśnie tutaj, a nie w Warszawie czy Krakowie, zaczął się proces, który ostatecznie doprowadził do upadku komunizmu. „Zaczęło się w Radomiu” – to hasło, które towarzyszy obchodom 50. rocznicy, nie jest pustym sloganem ani PR-owym chwytem. Zawiera w sobie ono istotę tych wydarzeń. To też wyraz dumy z lokalnej tożsamości. Dumy, że to właśnie nasze, robotnicze, „szare” miasto potrafiło zadać potężny cios systemowi, który wydawał się niezniszczalny.
Ta duma ma smak wyjątkowy. Bo Radom nigdy nie był oficjalną stolicą, nie miał wielkich uniwersytetów ani wpływowych salonów. Był miastem twardej, codziennej pracy. I właśnie stąd wyszła siła, która pokazała całemu krajowi, że można. Że zwykli ludzie z „peryferii” są w stanie wstrząsnąć fundamentami reżimu. Ta lekcja jest szczególnie ważna dzisiaj. W czasach, gdy wiele osób z mniejszych miast czuje się gorszych, pomijanych, „gorszego sortu” to nasz radomski przykład bije po twarzy kompleks niższości. Pokazuje, że wielkość nie zależy od wielkości mapy, lecz od postawy ludzi.

Dziś ta duma szczególnie zobowiązuje młode pokolenie Radomian. Warchoły! Nie wstydźcie się swojej historii. Radomski Czerwiec to nasze wspaniałe dziedzictwo. Czerpcie z niego siłę. Nasze miasto to nie tylko blokowiska z wielkiej płyty, stare fabryki i opowieści o kryzysie. To przede wszystkim miasto ludzi, którzy mieli odwagę marzyć o lepszej Polsce i byli gotowi za te marzenia zapłacić bardzo wysoką cenę.
Po trzecie – jedności i solidarności.
W Radomskim Czerwcu ’76 nie było miejsca na podziały wśród robotników. Nie było „my i oni”, nie było sporów o przynależność partyjną, światopogląd czy pozycję społeczną. Była za to jedna wielka, wspólna potrzeba – godność i chleb.
Robotnicy z „Waltera” szli ramię w ramię z załogami „Radoskóru”, „Blaszanki” i fabryki tytoniowej. Dołączyli do nich uczniowie, studenci, zwykli mieszkańcy blokowisk i starsi Radomianie. Przez kilka godzin 25 czerwca Radom stał się jednym wielkim, żywym organizmem – zjednoczonym w gniewie i determinacji.

Ta jedność nie skończyła się wraz z pacyfikacją. Gdy przyszły represje, gdy milicja i SB zaczęły wyłapywać i karać, wsparcie przyszło z zupełnie innej strony. Do robotników dołączyli intelektualiści. A przede wszystkim – Kościół. Ks. Roman Kotlarz, proboszcz parafii św. Trójcy, nie bał się publicznie błogosławić demonstrantów i odprawiać mszy świętych za pobitych i aresztowanych. Za to później sam zapłacił życiem.
– Najmilsi, razem z wami byłem obecny na ulicach miasta Radomia, błogosławiłem wasze szeregi, wasze trudy, wasze słuszne prawa. (…) Ukochani, jesteśmy zobowiązani wobec tych naszych braci Polaków, którzy w tej chwili ogromne cierpią katorgi. Nie wolno nam milczeć, nie wolno nam nie modlić się za nich. (…) Chleba naszego powszedniego daj nam – tak wołał Radom, tak żeśmy wspólnie wołali razem. Ja z wami!
mówił ks. Roman Kotlarz w kazaniu z dnia 11 lipca 1976 r.
Zobacz też:
Właśnie z Radomia i Ursusa popłynął najsilniejszy impuls, który doprowadził do powstania we wrześniu 1976 roku Komitetu Obrony Robotników (KOR). Po raz pierwszy w powojennej Polsce robotnicy i intelektualiści usiedli przy jednym stole. Robotnicy przynieśli autentyczny ból i doświadczenie represji, a inteligencja – wiedzę, kontakty i umiejętność opisywania prawdy. Ta platforma porozumienia okazała się historyczna. Bez niej prawdopodobnie nie byłoby Sierpnia ’80, wielkiej „Solidarności” i pokojowej drogi do wolności.
Powiedzmy to wprost, samotny bunt można stłumić pałkami ZOMO, gazem łzawiącym i aresztowaniami. Można go przedstawić w propagandzie jako „chuligaństwo”. Ale gdy ludzie różnych zawodów, pokoleń i poglądów potrafią się zjednoczyć wokół wspólnej, słusznej sprawy – stają się siłą, której żaden system nie jest w stanie pokonać.
Patrząc na Polskę w 2026 roku, widzimy jak bardzo jesteśmy podzieleni. Podziały biegną przez rodziny, środowiska pracy, media, a nawet lokalne społeczności. Polityczne partie traktują siebie nawzajem jak wrogów, a nie jak przeciwników w demokratycznej debacie. Zamiast szukać tego, co łączy, łatwiej jest podkreślać różnice, naklejać łatki i budować mur. „My” kontra „oni” stało się niemal codziennością – w Sejmie, w internecie, na osiedlach i w zakładach pracy.
A Radomski Czerwiec przypomina nam z całą mocą, że prawdziwa siła tkwi w jedności narodu ponad tymi podziałami. Nie chodzi o to, by rezygnować ze swoich poglądów. Chodzi o to, by umieć znaleźć wspólny mianownik tam, gdzie chodzi o podstawowe sprawy: godność człowieka, szacunek dla pracy, prawdę i sprawiedliwość. Gdy w 1976 roku robotnik z „Waltera” podawał rękę intelektualiście z KOR-u, nie wyrzekali się swoich różnic – budowali coś większego.
W dzisiejszej Polsce, zamiast walczyć ze sobą o resztki wpływów, warto czasem spojrzeć na Radomski Czerwiec i zapytać: co byśmy razem mogli osiągnąć, gdybyśmy potrafili się zjednoczyć wokół najważniejszych spraw?
– Ci, którzy dostali się do środka Komitetu wciągają na maszt biało-czerwoną flagę. Słychać kogoś śpiewającego hymn. Czuję się dumna. Czuję, że robię właśnie to co powinnam
mówiła anonimowa uczestniczka Radomskiego Czerwca 1976 cytowana przez portal histmag.pl.
Po czwarte – uporu, konsekwencji i pracy u podstaw.
Protest Radomskiego Czerwca trwał zaledwie jeden dzień, ale jego prawdziwe skutki rozciągnęły się na wiele lat. To, co wydarzyło się 25 czerwca 1976 roku, nie zakończyło się wraz z wieczornym wyciszeniem ulic. Dla setek radomskich rodzin zaczął się wtedy długi, cichy i trudny okres próby. Wielu uczestników straciło pracę, perspektywy zawodowe i poczucie bezpieczeństwa. Represje – jak opisywaliśmy wcześniej – były dotkliwe i systematyczne – ale najtrudniejsze okazało się to, co przyszło później: codzienne życie w cieniu szykan, ostracyzmu i niepewności.
A jednak większość z nich nie załamała się. Nie poddali się. Trwali.
Właśnie w tych trudnych latach po 1976 roku rodziły się najpiękniejsze przykłady oddolnego budowania więzi społecznych. Ludzie, którzy wyszli razem na ulicę, nie rozeszli się po domach i nie zapomnieli o sobie. Tworzyły się nieformalne sieci pomocy – sąsiedzi wspierali sąsiadów, koledzy z fabryki pomagali znaleźć jakąkolwiek pracę „na czarno”, rodziny dzieliły się tym, co miały. Powstawały małe, lokalne wspólnoty oparcia, w których przetrwała pamięć i solidarność. To nie były wielkie struktury ani organizacje – to były codzienne, ludzkie gesty: wspólne obiady, pożyczanie pieniędzy na przeżycie miesiąca, pilnowanie dzieci, gdy ktoś musiał wyjechać w poszukiwaniu pracy.

Ten upór pokazał coś fundamentalnego, że pozornie wszechmocny system komunistyczny mógł rozbić demonstrację pałkami i gazem, mógł aresztować i zwalniać z pracy, ale nie był w stanie zgasić idei, która już się zrodziła. Im mocniej uderzał, tym głębiej ta idea zapadała w serca ludzi.
Zauważmy, że obecnie żyjemy w świecie błyskawicznych rozwiązań, viralowych akcji i natychmiastowej gratyfikacji. Chcemy efektów tu i teraz – lajków, komentarzy, szybkich zmian. Jeśli coś nie przynosi natychmiastowego rezultatu, łatwo odpuszczamy. Radomski Czerwiec przypomina nam jednak, że wielkie rzeczy nigdy nie dzieją się szybko. Wymagają cierpliwości, wytrwałości i gotowości do poniesienia kosztów – czasem bardzo wysokich i rozłożonych na wiele lat.
Budowanie oddolnych więzi społecznych, lokalnych sieci wsparcia, wzajemnego zaufania i wspólnoty – to właśnie jest praca, która wydaje owoce najpóźniej, ale najtrwalej. W 1976 roku radomianie pokazali, że nawet w najtrudniejszych warunkach można tworzyć takie więzi. Dziś, w czasach rozpadu więzi społecznych i wszechobecnego indywidualizmu, ta umiejętność jest na wagę złota. Sąsiedzkie grupy pomocy, lokalne inicjatywy, wspólnoty parafialne, kluby sportowe czy nieformalne kręgi przyjaciół – to wszystko buduje siłę, której nie da się łatwo złamać w godzinie próby.
Radomski Czerwiec uczy nas, że wolność nie spada z nieba. Nie dostajemy jej w prezencie raz na zawsze. Trzeba o nią walczyć i bronić jej – czasem przez jeden dramatyczny dzień, a czasem przez długie, szare lata codziennego trwania. Upór i konsekwencja to nie są puste słowa. To postawa, która w ostatecznym rozrachunku zawsze wygrywa z systemami opartymi na strachu. Ważne jest jednak również to, by mieć kogoś, za kim możesz stanąć – ramię w ramię.
– Dla nas, świadków tamtych czerwcowych dni, nie ma większej nagrody niż widok młodzieży, która z taką pasją i szacunkiem pochyla się nad naszą historią
przekazuje Stowarzyszenie Radomski Czerwiec 76.

Po piąte – pamięci jako fundamentu przyszłości.
Władza komunistyczna przez lata próbowała sprawić, by Radom i jego mieszkańcy wstydzili się tamtego dnia. Dziś wiemy, jak bardzo się pomylili.
Pamięć o Radomskim Czerwcu jest dziś jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mamy. Nie jest to zwykłe wspominanie historii sprzed pół wieku. To żywy fundament, na którym opiera się wszystko, czego nauczyliśmy się od tamtych robotników: odwaga, duma, jedność, upór i konsekwencja. Pielęgnowanie tej pamięci to nie tylko hołd oddany tym, którzy 25 czerwca 1976 roku wyszli na ulice. To inwestycja w naszą własną przyszłość.

Bo pamiętając o nich, uczymy się szacunku dla zwykłych ludzi, którzy w decydującym momencie potrafili postawić godność wyżej niż własne bezpieczeństwo. Pamiętając o nich, rozumiemy, że wolność ma swoją cenę i że dług wobec tamtych radomian spłacamy nie tylko kwiatami pod pomnikiem, ale codzienną postawą – szacunkiem do pracy, odwagą mówienia prawdy i budowaniem wspólnoty.

Słów kilka na koniec
Radomski Czerwiec ’76 pokazuje, że zwykli ludzie – tacy jak my – naprawdę mogą zmieniać bieg wydarzeń. Że wartości, za które Radomianie stanęli – odwaga, duma, jedność i upór – nigdy nie tracą aktualności.
Dlatego pamiętajmy o radomskich robotnikach z 1976 roku nie tylko w rocznicę. Pamiętajmy o nich codziennie. W chwilach łatwych – by nie stracić pokory. W chwilach trudnych – by wiedzieć, jak się zachować. Bo jeśli kiedykolwiek Polska znowu będzie potrzebowała zwykłych ludzi gotowych powiedzieć „dość” i stanąć w obronie tego, co najważniejsze – będziemy wiedzieli, którędy iść.
Śladami Radomskiego Czerwca.






