Kilka lat temu mieszkańcy Pieniek, Walentynowa, Krzyżanowic, Płudnicy, Gaworzyny i okolic alarmowali, że dawna kopalnia piachu pod Iłżą może zostać wykorzystana do zagospodarowania ogromnej ilości odpadów. Wówczas chodziło o budowę „zintegrowanego systemu gospodarki odpadami komunalnymi”. Dziś sprawa wraca w nowej odsłonie. Firma zmieniła nazwę, przejęła nieruchomości kopalni, a w dokumentach pojawił się plan wykorzystania do rekultywacji setek tysięcy ton mieszanki wytwarzanej m.in. z odpadów. W tle są także powiązania polityczno-biznesowe właściciela terenu z prominentnym politykiem Konfederacji Przemysławem Wiplerem, byłym szefem gabinetu politycznego Jarosława Gowina, bratem Zbigniewa Ziobry czy podmiotami wymienianymi w kontekście afery ZondaCrypto.
Co ustaliliśmy poprzednio
W grudniu 2023 roku opisaliśmy sprawę tajemniczej spółki Instytut Kościuszki z Krakowa, która planowała pod Iłżą inwestycję odpadową. Mieszkańcy dowiedzieli się o niej w czerwcu 2023 roku i bardzo szybko zaczęli protestować. Obawiali się, że pod neutralnie brzmiącą nazwą „zintegrowanego systemu gospodarki odpadami komunalnymi” może powstać miejsce realnego składowania śmieci.
Mieszkańcy już wtedy wskazywali na sąsiedztwo ujęć wody, terenów chronionych oraz miejscowości, w których ludzie żyją, uprawiają ziemię i korzystają z lokalnej infrastruktury. W dokumentach inwestora pojawiały się zaś opisy, które trudno było pogodzić z rzeczywistością – teren przedstawiano jakby był wyrównanym obszarem przemysłowym, podczas chodziło o byłą kopalnię piachu położoną pomiędzy polami, lasami i wsiami.
Na twojradom.pl szeroko opisywaliśmy niespójność dokumentacji. W jednym miejscu mowa była o sortowni i kompostowni, w innym o odpadach innych niż komunalne, zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, panelach fotowoltaicznych, instalacji węgla drzewnego, składowisku czy nawet zakładzie przetwórstwa produktów pochodzenia roślinnego i zwierzęcego. Wyglądało to tak, jakby opis różnych przedsięwzięć sklejono w jedną całość.
Zwracaliśmy wtedy też uwagę na właścicielskie i polityczne tło sprawy. Instytut Kościuszki sp. z o.o. miał nazwę kojarzącą się ze znanym krakowskim stowarzyszeniem, a sam podmiot gospodarczy nie wyglądał jak doświadczony operator wielkiej inwestycji odpadowej. Przeciwnie. Wokół niego pojawiała się rozbudowana sieć spółek, adresów, udziałów i osób, która bardziej przypominała pajęczynę niż jasną strukturę biznesową – prowadzącą np. do firmy spedycyjnej z granicy polsko-niemieckiej. Mieszkańcy pytali więc wprost – kto będzie ponosił odpowiedzialność, jeśli coś pójdzie nie tak?
Podejrzenia – podkreślmy, że żadnymi konkretnymi działaniami dotychczas niepotwierdzone – o działania „mafii śmieciowej” również nie występowały w próżni. W regionie radomskim głośno było już o nielegalnych składowiskach śmieci, w tym o niebezpiecznych odpadach na ul. Ofiar Firleja w Radomiu i o Sukowskiej Woli w gminie Przytyk. Polska ma za sobą setki pożarów takich miejsc i wiele historii, w których formalnie istniała spółka, formalnie był najemca czy właściciel, formalnie ktoś coś zadeklarował, a realny koszt sprzątania spadał później na mieszkańców, samorządy i państwo. Dlatego sprawa dawnej kopalni „Gaworzyna” od początku zasługiwała na wyjątkową ostrożność.
Teren byłej kopalni „Gaworzyna”. Zdjęcia pochodzą z sierpnia br., z okresu kilka dni późniejszego niż zdjęcie tytułowe. Świeżo zwieziony materiał na sąsiednią do kopalni działce został bardzo szybko rozgarnięty. Na zdjęciach widać pracującą na miejscu koparkę
Firma zmieniła nazwę, ale wątpliwości nie zniknęły
Po naszej publikacji nastąpiła pierwsza istotna zmiana. Spółka Instytut Kościuszki sp. z o.o. zmieniła nazwę na ZO Walentynów sp. z o.o. Stało się to po interwencji Stowarzyszenia Instytut Kościuszki, które oświadczyło, że nie ma nic wspólnego z przedsięwzięciami Mariusza Badury i spółek z nim powiązanych. Stowarzyszenie przypominało, że już przy sprzedaży udziałów w 2021 roku zastrzegało konieczność zmiany nazwy, aby nie wprowadzać w błąd uczestników obrotu gospodarczego. Według jego stanowiska zmiana została wykonana dopiero po publikacji medialnej i po groźbie podjęcia kroków prawnych.
Zmiana nazwy nie zamknęła jednak sprawy. Przeciwnie. Od tamtego czasu plan wykorzystania terenu stał się bardziej konkretny. ZO Walentynów nie jest już tylko spółką zainteresowaną przedsięwzięciem na terenie pod Iłżą. Pod koniec marca 2025 roku nabyła działki obejmujące zasadniczą część dawnej kopalni. Prezesem spółki pozostaje Mariusz Badura. Większościowym wspólnikiem jest Core PV sp. z o.o. sp.k., a w dokumentach pojawił się także Robert Rudolf Ogiejm Oheim, który objął udziały i funkcję wiceprezesa. W odpowiedzi przesłanej redakcji Core PV wskazało, że był on jednym z inwestorów i że zmarł w 2026 roku.
Sprawa dotyczy więc teraz właściciela konkretnej nieruchomości, który uruchomił konkretne postępowania administracyjne w celu wypełniania wyrobisk ogromnymi ilościami określonych materiałów – o tym szerzej za chwilę. A jednocześnie nadal nie ma pełnej jasności, kto będzie teren rekultywował.
Starostwo Powiatowe w Radomiu w odpowiedzi na pytania redakcji wskazało, że postępowanie dotyczące zmiany kierunku rekultywacji, która jak na razie powinna objąć przywrócenie terenowi funkcji rolnej lub leśnej z wykorzystaniem co do zasady zwykłej ziemi, znajduje się na etapie wyjaśniającym. Co najważniejsze, na dzień udzielenia odpowiedzi obowiązek przeprowadzenia rekultywacji nadal spoczywał na osobie fizycznej wskazanej jako adresat obowiązującej decyzji administracyjnej – czyli na poprzednim właścicielu gruntu, osobie prowadzącej biznes związany z wydobyciem piachu. Nie została wydana decyzja o zmianie osoby zobowiązanej ani o przekazaniu praw i obowiązków wynikających z dotychczasowej decyzji. Samo prawo własności nieruchomości nie powoduje przejęcia obowiązków wynikających z decyzji rekultywacyjnej wydanej wobec innego podmiotu.
Oznacza to więc, że właściciel terenu jest już inny, ale formalna odpowiedzialność administracyjna nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. A w sprawach odpadowych i środowiskowych takie niuanse nie są zwykłym drobiazgiem.
672 tysiące ton materiału
Najważniejsza liczba w całej sprawie brzmi: 672,9 tys. ton. Tyle materiału, według Starostwa Powiatowego, zadeklarował wnioskodawca w postępowaniu dotyczącym zmiany sposobu rekultywacji. Gmina Iłża przywołuje natomiast z dokumentacji ilość około 398 165,1 m3 „dostarczonego produktu i gruntu rodzimego”, którym miałby zostać zastąpiony ubytek kopaliny. Mowa tu więc o potężnej skali potencjalnego przedsięwzięcia.
Materiał, który chce wykorzystać inwestor, ma być mieszanką zasypową wytwarzaną w procesie odzysku z odpadów takich jak m.in. kompost nieodpowiadający wymaganiom, minerały takie jak piasek i kamienie oraz odpady ulegające biodegradacji. Po odpowiednim przetworzeniu mieszanka miałaby utracić status odpadu i stać się produktem przeznaczonym do rekultywacji.
Na papierze może to brzmieć „technicznie” i zwyczajnie. Problem polega na tym, że różnica między odpadem a produktem ma tu fundamentalne znaczenie. Odpad podlega ostrzejszym zasadom ewidencji, transportu, magazynowania i przetwarzania. Produkt jest czymś, co można wykorzystywać znacznie swobodniej. Dlatego kluczowe pytanie brzmi – kto, kiedy, jak i na podstawie jakich badań potwierdzi, że setki tysięcy ton materiału rzeczywiście są bezpiecznym produktem, a nie odpadem przebranym w urzędową definicję?
Starostwo przyznaje, że organ nie dysponuje wynikami badań gotowej proponowanej mieszanki zasypowej. Zgodnie z informacjami przedstawionymi we wniosku ma ona dopiero powstawać w procesie odzysku. Na obecnym etapie wnioskodawca nie przedstawił wyników badań gotowego materiału przewidzianego do wykorzystania przy rekultywacji. Innymi słowy administracja ma rozważać zmianę kierunku rekultywacji, ale nie zna jeszcze pełnego obrazu substancji, która miałaby trafić do wyrobiska.
Inwestor przekonuje jednak, że bez decyzji nie może wytworzyć materiału, a skoro nie może go wytworzyć to nie może też przedstawić pełnych badań gotowej mieszanki. Dlatego chce opierać się na kryteriach i wynikach z materiałów wcześniej wytwarzanych tą metodą. To wyjaśnienie jest logiczne z punktu widzenia przedsiębiorcy. Z punktu widzenia okolicznych mieszkańców brzmi jednak znacznie mniej uspokajająco.
Grupa spółek, negatywna opinia burmistrza
Szczególne znaczenie ma tutaj struktura właścicielska. Z dokumentów wynika, że wytwórcą mieszanki ma być spółka Rubicon sp. z o.o. Produkcja nie miałaby odbywać się bezpośrednio pod Iłżą, ale na działce w Starachowicach. Gotowy materiał miałby następnie zostać przewieziony do dawnej kopalni.
Od 28 marca 2025 roku wszystkie udziały w Rubiconie należą do ZO Walentynów. Prezesem Rubiconu jest Mariusz Badura, czyli jednocześnie prezes ZO Walentynów. Głównym przedmiotem działalności Rubiconu jest zbieranie, przetwarzanie i unieszkodliwianie odpadów oraz odzysk surowców. Powstaje więc model, w którym jedna grupa kapitałowa kontroluje zarówno teren wyrobiska, jak i podmiot mający produkować materiał do jego wypełnienia.
Nie jest to dowód jakiegokolwiek naruszenia prawa. Ale jest to układ, który wymaga podwyższonej czujności. Jeżeli ten sam krąg osób kontroluje dziurę w ziemi i spółkę dostarczającą do niej materiał z odpadów, to szczególnego znaczenia nabierają niezależne badania składu, sposób pobierania próbek, monitoring transportu, ewidencja każdej partii i zabezpieczenie finansowe na wypadek ujawnienia szkód po latach.
Burmistrz Iłży Marek Łuszczek ponownie, po uchyleniu wcześniejszego negatywnego postanowienia przez Samorządowe Kolegium Odwoławcze, 25 czerwca 2026 roku wydał postanowienie negatywnie opiniujące wniosek o zmianę kierunku rekultywacji. W przygotowaniu stanowiska uwzględniono sprzeciw lokalnych stowarzyszeń mieszkańców, które zostały dopuszczone do udziału w postępowaniu na prawach strony.
Argumentacja gminy jest prosta. Działki w obrębie Pieńki znajdują się na terenie oznaczonym w miejscowym planie jako 6RN – tereny rolnicze z zakazem zabudowy. Wobec tego gmina stwierdza, że nie przewiduje się stosowania do rekultywacji odpadów i pochodnych odpadów, nawet jeśli występują one pod nazwą „produktu”. Gmina wskazuje też, że transport odpadów odbywać się będzie drogą gminną, która może ulec degradacji wskutek intensywnego ruchu ciężarowego.
Najważniejszy jest jednak końcowy fragment odpowiedzi burmistrza. Gmina przypomina, że po kontroli przedsiębiorca (poprzedni właściciel kopalni wciąż mający obowiązek przeprowadzenia rekultywacji) był zobowiązany decyzją z 10 lipca 2024 roku do usunięcia wszystkich zgromadzonych odpadów z działek dawnej kopalni. W ocenie organu podważa to wiarygodność podmiotu i nie daje podstaw do przyjęcia, że planowane przedsięwzięcie będzie realizowane bezpiecznie i zgodnie z prawem.
WIOŚ: odpady były. Urząd Górniczy: poważne nieprawidłowości
Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Warszawie potwierdził w korespondencji z naszą redakcją, że w maju 2024 roku Starostwo Powiatowe przekazało informację dotyczącą podejrzenia składowania nielegalnych odpadów na terenie wyrobisk w miejscowości Gaworzyna. Podczas oględzin inspektorzy ujawnili odpady w postaci szlaki, spieków szklanych, szkliwa oraz glinki, które najprawdopodobniej mogły pochodzić z huty szkła.
W trakcie tych czynności nie pobrano jednak próbek gleby, wody ani nagromadzonych odpadów. WIOŚ wyjaśnia, że próbki pobiera się w przypadku odpadów zaliczanych do niebezpiecznych, mogących stwarzać zagrożenie dla środowiska, na przykład gdy mają konsystencję płynną lub półpłynną. Następnie inspekcja skierowała do burmistrza Iłży wystąpienie o wydanie decyzji nakazującej usunięcie odpadów. Decyzja została wydana w lipcu 2024 roku, a w lutym 2025 roku posiadacz odpadów przekazał dokumenty potwierdzające ich usunięcie.
Nie należy oczywiście automatycznie utożsamiać odpadów ujawnionych w 2024 roku z planowaną obecnie mieszanką zasypową. To są dwie różne sprawy. Ale historia terenu, jego właściciela i osoby odpowiedzialnej za inwestycję, ma znaczenie. Jeżeli na dawnym wyrobisku były już odpady w miejscu do tego nieprzeznaczonym, to mieszkańcy mają pełne prawo patrzeć na kolejne plany ze sceptycyzmem.
Interesująca jest też odpowiedź Okręgowego Urzędu Górniczego w Warszawie. Po kontroli przeprowadzonej w lutym 2025 roku, już po upływie terminu obowiązywania koncesji wydobywczej, urząd stwierdził trzy podstawowe nieprawidłowości: prowadzenie ruchu zakładu górniczego w zakresie jego likwidacji bez planu ruchu, prowadzenie rekultywacji gruntów po działalności górniczej niezgodnie z dokumentacją oraz gospodarowanie odpadami bez wymaganych decyzji.
W związku z tym wobec dotychczasowego przedsiębiorcy wydano decyzje pokontrolne nakazujące usunięcie nieprawidłowości. OUG zapowiedział kontrolę w IV kwartale 2026 roku, która ma zweryfikować, czy zostały one rzeczywiście usunięte. Urząd poinformował także, że według jego wiedzy sąd orzekł winę dotychczasowego posiadacza koncesji i ukarał go grzywną.
To jednak nie koniec. OUG wskazał, że robotami górniczymi przekroczony został obszar górniczy, a działki przylegające do niezlikwidowanego zakładu górniczego zostały objęte zgłoszeniem podejrzenia wydobywania kopaliny bez wymaganej koncesji.
Urząd górniczy krytycznie odniósł się również do wcześniejszej dokumentacji dotyczącej rekultywacji. Z protokołu kontroli wynikało, że przedłożona dokumentacja była bezprzedmiotowa, bo mapa do niej dołączona nie odzwierciedlała stanu wyrobisk po zakończeniu wydobycia i nie uwzględniała wszystkich koniecznych do wykonania robót. Nie opisano też należycie metod kształtowania terenu, odtwarzania gleb ani zabezpieczenia przeciwerozyjnego. Dokumentacja nie została dostosowana do specyfiki każdego z wyrobisk. Na tej podstawie stwierdzono, że dokumentacja nie spełnia wymagań prawa.
W skrócie. Dotychczasowy przedsiębiorca mając obowiązek zabezpieczyć przyszłą rekultywację pod względem materiałowym i finansowym – obowiązek ten zasadniczo zignorował. A teraz wokół terenu, który już niedługo powinien być zasypany ziemią i pełnić funkcję ziemi rolnej albo lasu, rozpoczęły się bardzo dziwne ruchy.
„Chcemy odtworzyć teren”
Oddajmy teraz głos drugiej stronie. Core PV / ZO Walentynów (właściciel terenu) w odpowiedziach dla redakcji przekonuje, że działa w celu odtworzenia terenu pokopalnianego i ochrony środowiska naturalnego. Spółka deklaruje, że współpracuje z ekspertami od rekultywacji terenów, którzy mają doświadczenie przy rekultywacji składowisk komunalnych i poprzemysłowych. Zapowiada gotowość rozmów z mieszkańcami, transparentność i możliwość monitorowania procesu.
Według spółki właściwie przeprowadzona rekultywacja może zmienić teren zdegradowany w atrakcyjny teren leśny, rolny lub rekreacyjny. Core PV twierdzi nawet, że proponowało burmistrzowi Iłży rekultywację terenu i przekazanie go gminie. W ocenie spółki spotkało się jednak ze „straszeniem mieszkańców” i zamknięciem na rozmowę. Firma przekonuje również, że nie chce gromadzić odpadów, tylko zasypać „dużą dziurę w ziemi” mieszanką ziemi, kompostu i piasku.
Spółka zaprzecza, aby obecnie przywoziła odpady albo materiał pochodzący z przetwarzania odpadów na swoje działki. Deklaruje, że żadna jej maszyna nie pracuje obecnie na terenie jej działek, a jeśli jakieś prace trwają, to na sąsiednich działkach. Zapewnia także, że każda partia materiału będzie kontrolowana i sprawdzana, a materiał niespełniający wymagań będzie odsyłany do wytwórcy.
Na terenie wyrobiska faktycznie bardzo intensywnie pracuje jedna koparka, a ciężarówki niemal codziennie zwożą na sąsiednie działki duże ilości ziemi wymieszanej z kompostem czy obiektami wyglądającymi jak elementy konstrukcyjne budynków – kawałkami drewnianych belek czy betonowych słupów. Całość została już rozgarnięta i przysypana piachem przez drugą koparkę pracującą na miejscu. Z informacji redakcji wynika, że mieszanka zwożona jest na sąsiednie działki należące do poprzedniego właściciela kopalni, na którym jednak wciąż spoczywa obowiązek jej rekultywacji. Koparka także pracuje na terenie należącym do tej samej osoby. Jednocześnie w ostatnim czasie usunięto słup z kamerami monitorującymi teren kopalni.
Zdjęcia materiału świeżo zwiezionego na sąsiednią wobec byłej kopalni działkę. Widać m.in. duże ilości gruzu czy betonowych elementów konstrukcyjnych. Rozgarnięty i przysypany materiał widać na kolejnych zdjęciach pochodzących z drugiego tygodnia września. Na zdjęciach z tego okresu widać m.in. że koparka na drugim wyrobisku utworzyła dodatkowy wjazd na teren kopalni
Mamy tutaj kazus jak ze studiów prawniczych. Co do zasady nie można przenieść obowiązku rekultywacji gruntów na inny podmiot w drodze zwykłej umowy cywilnoprawnej (np. sprzedaży działki). Ale co jeśli rozpocznie się rekultywacja realizowana przez poprzedniego właściciela, ale w międzyczasie pomiędzy kolejnymi warstwami mieszanki pojawią się np. odpady chemiczne albo elektrośmieci? Kto będzie ponosił za to odpowiedzialność? Jeden z nowszych wyroków NSA twierdzi, że w takiej sytuacji można zastosować domniemanie odpowiedzialności właściciela gruntu. Ale jeśli właścicielem jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która jest własnością innej komandytowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością? Student prawa pewnie wymyśli na taką zagadkę mądrą odpowiedź. W praktyce jednak realnej, osobistej i poważnej odpowiedzialności nie ponosi nikt konkretny. Odpowiedzialność rozmyta jest do maksimum.
Polityczne powiązania właściciela terenu
Osobny rozdział tej sprawy dotyczy politycznego zaplecza i powiązań osób związanych z właścicielem kopalni. I tu nie chodzi o twierdzenie, że politycy finansują rekultywację Gaworzyny albo że ZondaCrypto ma bezpośredni związek z wyrobiskiem pod Iłżą. Takich dowodów w dokumentach nie ma. Jednak właściciel terenu i osoby z nim powiązane nie funkcjonują w próżni. A ślady prowadzą bezpośrednio do środowisk politycznych, lobbingowych i medialnych, które w ostatnich latach pojawiały się przy sprawach będących na pierwszych stronach ogólnopolskich gazet.
Mariusz Badura pozostaje prezesem spółki ZO Walentynów, która z kolei jest właścicielem spółki Rubicon, która ma wytwarzać mieszankę z odpadów. A ZO Walentynów to własność Core PV sp. z o.o. sp.k. Ta z kolei jest zasadniczo własnością Core sp. z o. o., która jest z kolei własnością spółki Core Consulting (jej prezesem jest także Mariusz Badura). Ta z kolei, wcześniej działała pod nazwą FiveRand. A to nie jest zwykła spółka „znikąd”. Jej wspólnikami byli wcześniej Przemysław Wipler, jeden z czołowych polityków Konfederacji, oraz Michał Krzymowski, były dziennikarza „Newsweeka” i autor książek poświęconych polskiej polityce, w tym biografii Jarosława Kaczyńskiego. Firma, kontynuująca obecnie działalność pod nazwą FiveRand Krzymowski (to inny podmiot, ale bezpośrednio powiązany z FiveRand m.in. osbowo), miała przez lata tworzyć komunikację i strategię medialną Bitbay/ZondaCrypto. Podmiot ten był też oficjalnie zarejestrowany w rejestrze firm lobbingowych. Krzymowski już w 2018 roku miał kontaktować się z Sylwestrem Suszkiem i Pawłem Sobkowem z BitBay w sprawie listu do premiera Morawieckiego. Chodziło o sytuację branży i ostrzeżenia dla klientów ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Ostatecznie aktywność biznesową w spółce Wipler zamknął w grudniu 2023 roku, gdy został posłem Konfederacji. Według Wirtualnych Mediów polityk jako główny wspólnik FiveRand dostał 1 mln zł z zysku firmy za rok 2023. Współpraca FiveRand z Zondacrypto ustała w marcu 2026 r., gdy firma nie zapłaciła faktury.
W największym skrócie – ZondaCrypto to giełda kryptowalut wywodząca się z polskiego BitBay. BitBay powstał w Polsce, a następnie przeniósł działalność za granicę – w 2019 roku do Estonii. W listopadzie 2021 roku giełda zmieniła markę na Zonda, a jej CEO został Przemysław Kral. Założyciel BitBay Sylwester Suszek zaginął kilka miesięcy później, 10 marca 2022 roku.
A teraz najważniejsze – Core Consulting (wcześniej FiveRand) jest własnością… Core PV sp. z o.o. sp.k., czyli właściciela ZO Walentynów. Według danych z KRS, we wrześniu 2024 roku w Core Consulting dodano Mariusza Badurę jako prezesa zarządu. Jednocześnie usunięto z rejestru wcześniejszy układ, w którym widniała nazwa FiveRand oraz udziały Przemysława Wiplera i Michała Krzymowskiego. Mamy więc bezpośrednią sukcesję rejestrową – spółka, w której wcześniej pojawiał się poseł Konfederacji i jego wieloletni współpracownik, została przekształcona w podmiot kontrolowany przez środowisko związane z Mariuszem Badurą.
Oznacza to, że właścicielem wielkiej dziury w ziemi pod Iłżą jest de facto spadkobierca firmy bezpośrednio powiązanej z jedną z prawdopodobnie większych afer politycznych w historii III RP. A jej nowy prezes nie jest osobą obcą dla poprzednich właścicieli.
Fundacja Dobry Rząd
Warto w tymi miejscu pochylić się nad Fundacją Dobry Rząd. W odpowiedzi na pytania redakcji fundacja potwierdziła, że Mariusz Badura jest jednym z trzech fundatorów i jej członkiem organu nadzoru. Potwierdziła również, że jednym z jej fundatorów jest Przemysław Wipler, który pełni funkcję prezesa fundacji, kieruje jej pracami i reprezentuje ją na zewnątrz. Fundacja zastrzegła jednak, że Badura nie finansuje jej działalności, że sama fundacja nie ma związku z kopalnią „Gaworzyna”, ZO Walentynów, Rubiconem, FiveRand ani Core PV, oraz że nie uczestniczyła w finansowaniu ani przygotowaniu przedsięwzięcia pod Iłżą.
Nazwa fundacji przewija się regularnie w publikacjach poświęconych ZondaCrypto. Money.pl opisał, że Przemysław Wipler i Michał Krzymowski mieli w lipcu 2025 roku odwiedzić w Monako prezesa ZondaCrypto Przemysława Krala. Po tej wizycie powiązane z nimi podmioty miały otrzymać łącznie 160 tys. euro – 70 tys. euro na Fundację Dobry Rząd oraz 90 tys. euro na firmę Michała Krzymowskiego. Również Kancelaria Prezesa Rady Ministrów poinformowała, powołując się na informacje Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że spółka związana z Przemysławem Kralem zrealizowała transakcję na rzecz fundacji posła Przemysława Wiplera w wysokości 70 tys. euro. Według Money.pl Wipler miał dostać od Krala uwagi do ustawy o kryptoaktywach, choć sam polityk zaprzeczył, aby otrzymywał takie poprawki lub był zaangażowany w proces legislacyjny tych przepisów.
W kwietniu 2026 r. Prokuratura Regionalna w Katowicach wszczęła śledztwo dotyczące podejrzenia oszustwa i prania pieniędzy związanego z działalnością ZondaCrypto, a wysokość szkody określano na co najmniej 350 mln zł. 30 lipca postępowanie zostało połączone ze śledztwem prowadzonym przez Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej, badającym również działalność BitBay i okoliczności zaginięcia Sylwestra Suszka. Pod koniec sierpnia i na początku września 2026 r. w sprawie doszło do kolejnych zatrzymań i przedstawienia zarzutów.
Czy to znaczy, że ZondaCrypto ma bezpośredni związek z Gaworzyną? Nie. Czy to znaczy, że właściciel terenu i osoby z nim powiązane obracają się w świecie polityki, lobbingu, fundacji, dawnych spółek Wiplera i ludzi opisanych przy jednej z najgłośniejszych afer ostatnich miesięcy? Tak. A to już ma znaczenie publiczne. W sprawie zwykłej łąki nie byłoby to być może najważniejsze. Ale w sprawie dawnej kopalni, do której może trafić 672,9 tys. ton materiału wytwarzanego z odpadów, polityczne i biznesowe zaplecze właściciela staje się ważnym elementem oceny ryzyka. Bo mieszkańcy mają prawo wiedzieć, czy rozmawiają z lokalnym przedsiębiorcą, dużym operatorem odpadowym, spółką celową, czy z elementem większej sieci powiązań, która może mieć znacznie lepszy dostęp do prawników, polityków i wpływowych środowisk niż zwykli ludzie z Pieniek, Gaworzyny czy Walentynowa.
Istotny w tym wszystkim jest fakt, że Mariusz Badura i Przemysław Wipler spotykają się w tej samej fundacji – jeden jako fundator i członek organu nadzoru, drugi jako fundator i prezes. A jednocześnie spółka po dawnym FiveRand, związanym wcześniej z Wiplerem i Krzymowskim, znajduje się dziś pod kontrolą Core PV, czyli podmiotu bezpośrednio występującego w sprawie Gaworzyny. A zarówno Five Rand jak i Fundacja Dobry Rząd wedle doniesień prasowych miały mieć związki z ZondaCrypto.
Nowa twarz w Rubiconie. Jedna skrzynka, kilka spółek
W czerwcu 2026 roku w zarządzie spółki Rubicon pojawiła się nowa osoba. Miejsce Roberta Ogiejma-Oheima zajęła Zofia Kłos – menedżerka, której dotychczasowa działalność kojarzy się znacznie bardziej z finansami, księgowością i zarządzaniem spółkami niż z rekultywacją terenów pogórniczych czy gospodarką odpadami. Samo jej nazwisko niewiele mówi. Dopiero prześledzenie wcześniejszych powiązań Kłos oraz struktury właścicielskiej Rubiconu pokazuje znacznie bardziej rozbudowaną sieć.
Trafiamy tutaj bowiem do giełdowej, dużej spółki akcyjnej Magna Polonia. 30 grudnia 2024 roku Magna Polonia udzieliła Core PV pożyczki w wysokości 512 tys. zł. Niecałe trzy miesiące później, 19 marca 2025 r., Magna Polonia przeniosła wszystkie prawa wynikające z tej umowy na działalność gospodarczą RORO Robert Ogiejm-Oheim.
Kilka tygodni później Ogiejm-Oheim został 33-procentowym wspólnikiem ZO Walentynów oraz wszedł do zarządu spółki. Większościowy pakiet – 67 proc. – pozostał przy Core PV. W międzyczasie ZO Walentynów przejęło 100 proc. udziałów Rubiconu, wcześniej własności Core PV sp. z o. o. (dziś Core sp. z o. o.).
W Magna Polonia pojawia się również Przemysław Wipler. Od wielu lat jest członkiem rady nadzorczej spółki. Nowa wiceprezes Rubiconu Zofia Kłos ma także bardzo silne związki z Magna Polonia oraz jej prezesem Mirosławem Janisiewiczem.
Nie oznacza to, że Zofia Kłos została skierowana do Rubiconu przez Magna Polonia albo którąkolwiek z wymienionych osób. Na taki wniosek nie ma dowodów. Publiczne dokumenty pokazują jednak, że nowa wiceprezes nie pojawiła się w całkowicie obcym sobie środowisku biznesowym.
Przy analizie dokumentów uwagę zwraca jeszcze jeden – pozornie drobny – szczegół. W Krajowym Rejestrze Sądowym przy kilku spółkach pojawia się ten sam adres poczty elektronicznej: [email protected].
We wrześniu 2024 roku adres ten został wpisany jako oficjalny kontakt do dawnego Core PV sp. z o.o., dziś działającego pod nazwą Core. Kilkanaście dni później dokładnie tę samą skrzynkę otrzymało Core Consulting (wcześniej Five Rand) – właśnie w momencie, gdy spółka przestała należeć do Wiplera i Krzymowskiego, a przejęło ją Core PV i prezesem został Badura. Jest to też adres mailowy ZO Walentynów.
Pytanie staje się ciekawsze, ponieważ identyczny adres figuruje również przy zarejestrowanej w marcu 2026 roku krakowskiej spółce TORRE. Jej jedynym ujawnionym właścicielem i prezesem jest Michał Mirosław Sroka zasiadający… w radzie nadzorczej Wieczystej Kraków. Wcześniej Sroka pełnił funkcję szefa gabinetu politycznego Jarosława Gowina w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a następnie został zastępcą prezesa Krajowego Zasobu Nieruchomości. W latach 2017–2018, Sroka zasiadał w radzie nadzorczej Wojskowego Centralnego Biura Konstrukcyjno-Technologicznego S.A., spółki działającej w sektorze obronnym. Po odejściu z KZN został szefem gabinetu politycznego ministra sportu Kamila Bortniczuka…
Dlaczego zatem trzy formalnie odrębne spółki – w tym jedna należąca do osoby, której bezpośredniego związku z grupą Badury nie udało się dotychczas potwierdzić – korzystają z tej samej skrzynki? Czy za adresem kryje się wspólne biuro obsługujące przedsiębiorstwa? Kancelaria? Grupa inwestycyjna funkcjonująca pod nieujawnioną w nazwach spółek marką? A może inne powiązanie?
Mieszkańcy mają powody do obaw
Wątek polityczny nie zaczyna się zresztą w tej sprawie od Wiplera. W poprzednim tekście przypominaliśmy, że Mariusz Badura był przez media łączony ze środowiskiem Witolda Ziobry, brata Zbigniewa Ziobry, a „Newsweek” opisywał sprawę faktur wystawianych europejskiej partii MELD, do której należała Solidarna Polska. Według tamtych publikacji firma Badury miała otrzymywać płatności za usługi związane z konferencją klimatyczną i materiałami promocyjnymi. Pojawiały się zarzuty, że wydarzenia miały charakter fikcyjny lub że pod ich nazwą finansowano faktycznie inne przedsięwzięcia polityczne. Śledztwo po latach zostało umorzone. Postać brata Zbigniewa Ziobry wróciła także w ostatnim czasie na nagłówki za sprawą rzekomych powiązań z ZondaCrypto, o których mówił z mównicy sejmowej premier Donald Tusk.
W 2023 roku w tle inwestycji pod Iłżą pojawiały się skojarzenia z krakowskim środowiskiem, Instytutem Kościuszki, ludźmi związanymi z dawną Solidarną Polską. Badura był wymieniany także w późniejszych publikacjach jako osoba bardzo mocno związana z krakowskim Stowarzyszeniem im. Juliusza Lea, które otrzymało wielomilionową dotację z Funduszu Sprawiedliwości w okresie, gdy funkcję ministra sprawiedliwości pełnił Zbigniew Ziobro. W 2026 roku dochodzi do całej sprawy więc kolejna warstwa: Fundacja Dobry Rząd, Wipler, dawne FiveRand, Core Consulting oraz ogólnopolska debata wokół pieniędzy z otoczenia ZondaCrypto.
To wszystko nie jest dowodem, że pod Iłżą planowana jest nielegalna działalność. Ale jest dowodem, że sprawa nie jest zwykłym sporem wójta, mieszkańców i miejscowego przedsiębiorcy. W normalnym państwie taki zestaw informacji powinien automatycznie uruchamiać podwyższony standard kontroli. Tam, gdzie przecinają się odpady, wielkie pieniądze, spółki celowe, małe kapitały zakładowe, skomplikowana struktura własnościowa, fundacje i ludzie z dostępem do świata polityki, tam mieszkańcy nie powinni być pozostawieni sami sobie.
Dokumenty nie dowodzą, że projekt pod Iłżą jest elementem działalności mafii śmieciowej. Nie dowodzą też, że Fundacja Dobry Rząd, Przemysław Wipler albo ZondaCrypto uczestniczyli w finansowaniu lub przygotowaniu przedsięwzięcia dotyczącego Gaworzyny. Ale pokazują coś wystarczająco poważnego – dawną kopalnię z historią odpadową, plan użycia setek tysięcy ton mieszanki z odpadów, brak badań gotowego materiału, sprzeciw gminy, nieprawidłowości stwierdzone przez nadzór górniczy i właściciela terenu funkcjonującego w gęstej sieci polityczno-biznesowych powiązań
To właśnie dlatego mieszkańcy mają prawo się bać. Nie dlatego, że inwestor musi mieć złe intencje. I nie dlatego, że samo nazwisko polityka w otoczeniu inwestora budzi czujność. Powód jest prostszy. W Polsce zbyt wiele razy słyszeliśmy zapewnienia, że wszystko jest zgodne z prawem, wszystko dzieje się tak jak powinno, a później zostawały beczki, pożary, zanieczyszczona ziemia, bezradny samorząd i rachunek dla podatników.
Jeżeli inwestor rzeczywiście chce odtworzyć teren, powinien być zainteresowany maksymalną jawnością. Jeżeli organy państwa chcą uniknąć kolejnej afery odpadowej, powinny działać tak, jakby odpowiadały nie za tabelkę w postępowaniu, ale za bezpieczeństwo ludzi. A jeżeli mieszkańcy mają zaufać, to nie wystarczą im zapewnienia o rekultywacji prowadzonej w trosce o środowisko naturalne. Potrzebują badań, gwarancji, kontroli i pewności, że w razie problemu nie zostaną sami.






















