Po burzliwych doświadczeniach w Szydłowcu, Żarnowie i Koprzywnicy pobyt ks. Romana Kotlarza w Mircu był jednym z najspokojniejszych okresów jego kapłańskiej posługi. Organizował procesje, jasełka i uroczystości dla wiernych, pracował z młodzieżą, a gdy władze wyrzuciły religię ze szkół, prowadził lekcje nawet w przydrożnym rowie. Mieszkańcy pokochali go do tego stopnia, że jego wyjazd w 1960 roku stał się niezwykle emocjonalnym wydarzeniem.
W 1959 roku ks. Roman Kotlarz rozpoczął posługę w parafii Mirzec. Po doświadczeniach z wcześniejszych placówek był to dla niego czas względnego spokoju. Zachowane wspomnienia pokazują kapłana pełnego energii, całkowicie zaangażowanego w pracę duszpasterską i życie lokalnej społeczności.
Organizował procesje, uroczystości komunijne oraz jasełka. Jeździł od wsi do wsi, spotykał się z wiernymi i nauczał religii. Nie ograniczał się jednak wyłącznie do tradycyjnych form pracy duszpasterskiej. Szczególnie bliska była mu młodzież.
Ks. Kotlarz nie bał się nowinek. Podczas spotkań z młodymi wykorzystywał adapter, który w tamtych czasach był prawdziwą technologiczną atrakcją.
Za jego sprawą nastolatkowie z Mirca mogli poznawać muzykę z płyt, a nawet uczyć się tańczyć. Duchowny potrafił więc łączyć swoją pracę duszpasterską z codziennym życiem młodych ludzi.
Jego otwartość i energia sprawiały, że szybko zdobywał autorytet. Potrafił przekonywać ludzi, ale przede wszystkim umiał nawiązać z nimi relację.
Jednym z najlepiej zapamiętanych wydarzeń z pobytu ks. Kotlarza w Mircu była historia z nocy sylwestrowej.
Gdy wierni zaczynali schodzić się do kościoła na nocne nabożeństwo, w miejscowej remizie trwała zabawa sylwestrowa. Ks. Kotlarz nie czekał jednak, aż uczestnicy sami pojawią się w świątyni. Tuż przed nabożeństwem udał się do remizy.
Jak wspominali Marianna i Jan Niewczasowie, duchowny wszedł do środka i odważnie poprosił bawiących się, aby wzięli udział w liturgii.
Jego słowa okazały się na tyle przekonujące, że nikt nie chciał mu odmówić. W rezultacie uczestnicy zabawy opuścili remizę i razem z księdzem udali się do kościoła.
Ta historia dobrze pokazuje, jak wielkim autorytetem cieszył się wśród mieszkańców. Nie musiał nikogo zmuszać. Wystarczyło, że przemówił.
Spokojniejszy okres w Mircu nie oznaczał jednak, że ks. Kotlarz przestał mieć problemy z władzami komunistycznymi.
Na przełomie lat 50. i 60. władze stopniowo usuwały naukę religii ze szkół, tłumacząc decyzję ideą „świeckości” szkolnictwa. Ks. Kotlarz nie zamierzał jednak rezygnować z nauczania dzieci.
Kiedy religia została wyrzucona ze szkolnych sal, organizował lekcje poza budynkami. W jednym z przypadków dzieci uczyły się w przydrożnym rowie. Duchowny uwiecznił tę sytuację w swoim albumie, opatrując ją wymownym określeniem: „lekcje na wygnaniu”.
To kolejny przykład jego charakteru. Nawet gdy zmieniały się warunki i pojawiały się przeszkody, szukał sposobu, aby kontynuować swoją pracę.
Pobyt ks. Kotlarza w Mircu nie trwał jednak długo. W tym czasie pogarszał się również stan jego zdrowia. Duchowny skarżył się w listach do rodziny i znajomych na silne bóle brzucha, a coraz częściej występował do biskupa o urlopy zdrowotne.
7 września 1960 roku został przeniesiony do Kunowa, a następnie, już 9 grudnia, do Nowej Słupi.
O tym, jak bardzo mieszkańcy Mirca przywiązali się do swojego duszpasterza, najlepiej świadczy sposób, w jaki go żegnali.
W Tychowie mieszkańcy postanowili zbudować specjalną bramę pożegnalną. Konstrukcja zajmowała całą szerokość jezdni, a na wysokości około pięciu metrów umieszczono jasne oświetlenie, aby wszyscy mogli zobaczyć odjeżdżającego księdza.
Samochód z ks. Kotlarzem zatrzymał się około godziny 23. Na miejscu czekali mieszkańcy, dzieci, młodzież i starsi.
„Księże prefekcie, zostań z nami!” – wołali zgromadzeni.
Ks. Kotlarz wysiadł z samochodu i zwrócił się do wiernych. Następnie wziął do jednej ręki portret swoich rodziców, a do drugiej brewiarz. Powiedział wówczas, że przyrzekł swoim przełożonym, iż będzie posłuszny i wierny obowiązkom, które zostały mu powierzone.
Po tych słowach przyszedł czas na pożegnanie. Wśród mieszkańców wybuchł płacz i szloch. Chwilę później samochód ruszył w kierunku Starachowic.
Z Mirca zachowały się setki fotografii dokumentujących pobyt ks. Romana Kotlarza. Pokazują one nie tylko działalność duchownego, ale również jego niezwykłą więź z mieszkańcami.
Mirzecki etap jego życia był więc czymś więcej niż spokojnym okresem pomiędzy kolejnymi konfliktami z władzami. To właśnie tutaj szczególnie wyraźnie widać inną twarz ks. Kotlarza – energicznego, otwartego na młodzież i potrafiącego odnaleźć się w codziennych problemach mieszkańców kapłana.

