Historia Na czasie Polska i świat Radom i okolice Wyróżnione Wywiady

Rok, który zatrzymał Polskę. Stan wojenny oczami Krzysztofa Bińkowskiego 

Wprowadzenie stanu wojennego w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku było momentem, który wstrząsnął całym obszarem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Była to akcja, która zaskoczyła działaczy „Solidarności” „zarówno skalą, błyskawicznym tempem, jak i precyzją uderzenia”. Naszym gościem był Krzysztof Bińkowski, który tamte wydarzenia obserwował z pierwszej linii oporu. Pan Krzysztof Bińkowski to wieloletni działacz opozycji i „Solidarności” z Radomia, określany jako przykład autentycznego „anonimowego bohatera” opozycji. W chwili wprowadzenia stanu wojennego pracował jako ćwiekarz w Zakładach Przemysłu Skórzanego „Radoskór” oraz był członkiem Konfederacji Polski Niepodległej (KPN). Na kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego, kiedy wstrzymano programy telewizyjne i radiowe, a władzę przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON), przebywał na dyżurze w Krajowej siedzibie Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania (KOWzP) w Radomiu. Za próbę zorganizowania strajku w „Radoskórze” został aresztowany 14 grudnia 1981 r. i skazany już 23 grudnia na jeden rok pozbawienia wolności oraz 3 lata pozbawienia praw publicznych. Wspomnienia z tego okresu, obejmujące pobyt w więzieniach w Kielcach, Łodzi, Łęczycy i Hrubieszowie, spisał w publikacji „Tylko jeden rok. Dziennik Stanu Wojennego”. We wstępie do tej publikacji wyraził fundamentalną misję: utrwalenie pamięci „o bohaterach walki o godność i prawa jednostki”, ponieważ bez tej pamięci „możemy zapomnieć to, kim sami jesteśmy”. 

Zacznijmy od początku, czyli właśnie od wspomnianej książki. Chciałem Pana zapytać, jakie znaczenie ma ta publikacja dla Pana dzisiaj? Czy w trakcie spisywania tych wspomnień cel był głównie terapeutyczny, czy czuł Pan silną misję kronikarza, żeby nic nie przepadło i nic nie zaginęło? 

Dzisiaj na pewno nie napisałbym jej w ten sam sposób, ale to wspomnienia spisane tuż po wyjściu z więzienia, po około półtora miesiąca. Poprawiłem tylko błędy ortograficzne, nie zmieniając stylu, by zachować autentyczność. Autor wstępu, Pan Robert Spałek z IPN-u (wówczas warszawskiego ośrodka), namówił mnie do publikacji. IPN miał ograniczone środki, więc ukazało się to w piśmie „Orientacja na Prawo” – miesięczniku, potem kwartalniku, który w końcu zniknął. Miałem tam znajomych z grupy próbującej stworzyć Polską Partię Niepodległościową (PPN) w połowie lat 80., ale rozpadła się po ujawnieniu, że szef Zdzisław Najder był agentem SB.  

Wspomnienia trafiły też na stronę Scriptd, ale płatną. Dlatego w Związku Piłsudczyków Radom, 
zarejestrowanym w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych jako organizacja zrzeszająca i wspierająca więźniów politycznych, zdecydowaliśmy się je wydać – większość członków to dawni KPN-owcy z Okręgu Radomskiego, którzy odeszli po ujawnieniu przez Macierewicza współpracy Leszka Moczulskiego. To środowisko nadal się trzyma. 

Tak, cel był głównie ten drugi – by zachować wszystko, bo nie wiedzieliśmy, jak potoczy się sytuacja. Mieliśmy cichą nadzieję, że system się rozsypie, ale nie widzieliśmy gwarancji ani perspektyw, poza jedną publikacją, książką Andrieja Amalrika, który przewidział upadek Związku Sowieckiego. Dlatego na końcu książki jest spis więźniów politycznych, z którymi spotkałem się i siedziałem w Łęczycy oraz Hrubieszowie, wraz z ich danymi osobowymi i wyrokami. Dziennik zawiera różne elementy, tam nawet pojawia się czarny humor. Pomagał on nam zachować dystans i godność w warunkach represyjnego systemu. Wbrew pozorom, czuliśmy się bardziej wolni niż ludzie po drugiej stronie muru. Tu przypomniał mi się „Proces Moskiewski” Bukowskiego, gdzie napisał taką frazę, że idąc po Moskwie czuł się bardziej zniewolony niż w obozie czy zakładzie psychiatrycznym, gdzie był trzymany na podstawie tzw. schizofrenii bezobjawowej.

My czuliśmy się wolni w więzieniu. Na swoich ubraniach więziennych malowaliśmy znaczki wzorowane na obozowych trójkątach, ale w barwach biało-czerwonych, w pionie, ze znakiem Polski Walczącej. Służba więzienna z nami walczyła, wycinała te znaczki. Oczywiście byliśmy pozbawieni dostępu do zewnętrznych źródeł informacji – jakie tam były źródła? „Żołnierz Wolności” i „Trybuna Ludu”. My mieliśmy za to przemycony w konserwie, specjalnie zrobiony z nadrukowaną etykietą, odbiornik radiowy, który pozwalał odbierać Głos Ameryki, Radio France Internationale i Wolną Europę. Zawsze w którejś celi ktoś pełnił dyżur, nasłuchiwał w nocy, a potem drobnym maczkiem puszczaliśmy biuletyny informacyjne na następny dzień, co się dzieje w Europie, w Polsce. 

Nie czuł Pan strachu, lęku przed represjami? 

Już byliśmy skazani, no to już nie mogli nam nic więcej zrobić. 

W dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego przebywał Pan na dyżurze w krajowej siedzibie Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania w Radomiu. Jak odebrał Pan pierwsze sygnały 12 grudnia? Mówię o urwanym programie telewizyjnym, zerwanych połączeniach telefonicznych, a następnie wiadomości o wojnie 13 grudnia. Czytając dziennik, starałem się sobie wyobrazić tę dezorientację. Mówimy tu o roku 1981, kiedy nie było możliwości porozumienia się z bliskimi przez media społecznościowe. 

Tak, dyżury pełniliśmy od zjazdu radomskiego Krajowego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania (KOWzP), który odbył się w siedzibie NOT-u 21-22 listopada. Wówczas zapadła decyzja o przekształceniu komitetu w Komitet Obrony Praworządności (KOP). Z uchwałami z Radomia pojechali do Gdańska Jacek Jerz i Zdzisław Podkowiński – obaj już nie żyją, zmarli w zupełnie różnych okolicznościach. Nazwa była symboliczna, nawiązująca do Korpusu Ochrony Pogranicza antysowieckiego, a sam komitet miał charakter antyradziecki.  

12 grudnia „Krajówka” zatwierdziła tę nazwę, więc dyżurowałem już w Komitecie Obrony Praworządności, w KOP-ie. Około godziny 12:00 dzwoniłem na WSI do znajomych prowadzących najdłuższy strajk na uczelniach PRL-u, by dowiedzieć się, co się dzieje. Nagle w słuchawce usłyszałem: „Halo, tu Wojewódzki Komitet Obrony” – łącza były już przejmowane, zaczynała się akcja Jodła z różnymi kryptonimami, jak np. Klon. Dziś, przeglądając materiały SB w IPN-ie, widzę, że wojewódzki komitet działał już w południe. W kraju zrywano łączność, ale komuniści nie wpadli na pomysł zablokowania niezależnej łączności kolejowej, dzięki której do końca dnia utrzymywaliśmy kontakty z regionami Solidarności. 

Zobacz też: 

Potem poszedłem na drugą zmianę do Radoskóru, gdzie byłem jednym z założycieli Solidarności w 1980 roku. Cały czas, jako założyciel, nadzorowałem kierunek Solidarności – różnie to wyglądało w okręgach. Musieliśmy zmienić pierwszego przewodniczącego, bo okazał się członkiem ZMS-u (Związku Młodzieży Socjalistycznej). 

Dziś w publikacjach są dokumenty, w których udowodniono, że jako szef Solidarności doradzał opiekunowi SB z Wydziału V, porucznikowi Z. Jaskulskiemu, jak wyeliminować sekretarza Zarządu Regionu Wiesława Mizerskiego, też z Radoskóru. Wtedy nie wiedzieliśmy tego, tylko czuliśmy, że coś jest nie tak, i go odsunęliśmy. Zamieniliśmy siekierkę na kijek, bo następny, Bronisław Komadowski,  okazał się tajnym współpracownikiem.  

Nie wiedzieliśmy, kto jest TW. Do dziś niektórzy nie wierzą, a dokumenty z IPN-u są dostępne za niewielkim wysiłkiem. Każdy, kto ujawnia agenta i mówi, że nie powinien działać w życiu publicznym – bo wypacza obraz, wpływa na politykę – staje się „oszołomem”. Mam skojarzenie z 
Counter-Strike’iem, gdzie syn gra: wyrzucają za „god mode” z nieśmiertelnością. Czuję, że agenci mają taką „nieśmiertelność” – oskarżający kończą politycznie, odsunięci jako oszołomy.  

Tak to działa nadal. Najjaskrawszy przykład to Ewa Soból z Radomia, jeden z najważniejszych agentów komunistycznych w kraju. Przejrzałem setki tych teczek : wyjątkowo szkodliwa, wplątana w próbę otrucia Anny Walentynowicz (sprawa umorzona przez słabość pionu śledczego IPN). Zwerbowana jesienią 1976 po śmierci ofiary czerwca ’76, Brożyny. Pseudonimy: Karol, Motyl, Cesarz, Andrzej i innych. Jej nazwisko pojawiło się w stopce „Robotnika” pisma KSS KOR. Miała duży wpływ na całe warszawskie środowisko KOR-u. Do dziś na inwentarz.ipn.gov.pl nie jest wpisana jako TW, choć w różnych aktach są setki donosów na przestrzeni lat 1976- 1989. Figuruje tam jako działacz „Solidarności” Mówię o agenturze specjalnie, bo to odrażający, nadal ważny problem.  

W rocznice stanu wojennego to wszystko kręci się w życiu publicznym, wpływa na wydarzenia. 

14 grudnia 1981 roku podjął Pan próbę zorganizowania strajku w zakładach Przemysłu Skórzanego Radoskór. Jaka atmosfera panowała wśród załogi liczącej ponad 8 tysięcy pracowników? Czy nie załamał się Pan w pierwszej chwili brakiem zdecydowanego wsparcia? Zwłaszcza, że strajk u boku pracujących kobiet, krótko mówiąc, nie wypalił. 

Tak, od 3 grudnia, kiedy padły decyzje – choć nie wiedzieliśmy dokładnie jakie, mówiło się o stanie wyjątkowym – organizowaliśmy w zakładzie masówki, takie wiece. Informowaliśmy ludzi i pytaliśmy o zdanie: czy zgodnie z dyrektywą Komisji Krajowej urządzamy strajk generalny? W naszym zakładzie dominowały kobiety – na 200 pracowników wydziału przypadało zaledwie 6 mężczyzn. Mieliśmy więc mały wpływ na kształtowanie opinii czy rozwiewanie strachu.

Ludzie bali się cały czas, i to nie bez powodu. Większość nie była młoda, pamiętali represje nie tylko z czerwca ’76 – w każdej rodzinie były historie kogoś, kto siedział za udział lub pomoc zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu lub za nieoddawanie kontyngentów.  

Wśród pracowników Radoskóru sporo było chłoporobotników, a za kontyngenty ludzie siedzieli w więzieniach do połowy lat 60. Ten strach był ogromny, bo wiedzieli, czym kończy się przeciwstawianie władzy. Mieli prawo się bać. 

A co Pana co skłoniło do podjęcia kolejnej próby poderwania ludzi do protestów? 

Tak jak powiedziałem, byłem jednym z założycieli Solidarności w Radoskórze w 1980 roku i czułem się za nią odpowiedzialny. Kiedy kierownictwo zostało internowane w nocy 13 grudnia, w niedzielę rano – choć nie mam co do tego pewności, bo nie znalazłem w dokumentach potwierdzenia – była próba wejścia do mojego domu. Mama opowiadała mi potem, że grupy ludzi w żukach i nyskach strażackich (nie milicyjnych, tylko pożarniczych) podjeżdżały pod blok, szukały ludzi i wywlekały ich. Podejrzewam, że przyszli po mnie, ale przeskoczyłem przez balkon na balkon sąsiadki i nie ryzykowałem sprawdzania, kto dobija się do drzwi.  

Całą niedzielę spędziłem u ciotki. Rano, czując, że wszyscy są już aresztowani, próbowałem dostać się do zakładu i coś zrobić zgodnie z uchwałą z 3 grudnia. W tym poczuciu odpowiedzialności jako założyciela Solidarności, starałem się zorganizować strajk – namawiałem ludzi, zwoływałem zebrania. Tymczasem partyjniacy, cały aparat partyjny, mocno zaangażowany, rozganiali ich z miejsc zebrań, głównie palarni na każdym oddziale. Wówczas każdy zakład miał wyznaczonego przez Jaruzelskiego pułkownika z wojska – to zaczęło się w październiku, gdy wprowadzono wojsko do zakładów. Taki opiekun zakładowy nadzorował dyrekcję i kierował sztabem represji.

W Radoskórze był to pułkownik Olszewski. Dziś IPN, pisząc o historii naszego pułku na lotnisku i w Dęblinie, wspomina o nim, ale ani słowem nie zająknie się o tej części jego biografii – że był pułkownikiem reżimu, który nie tylko urzędował, ale decydował, kogo zamknąć! 

Czy brak solidarności w tych pierwszych godzinach był dla Pana rozczarowaniem? 

Tak, zwłaszcza – niestety, z przykrością muszę wspomnieć o wieczornym przemówieniu prymasa Józefa Glempa w telewizji i radiu. To było dla nas szokiem, jego wystąpienie. Potem, przez całe lata 80., w opozycji mówiliśmy na niego „towarzysz Glemp”. 

Został Pan aresztowany i skazany 23 grudnia 1981 roku na rok pozbawienia wolności, mimo że prokurator żądał 5 lat. Jak ocenia Pan przebieg swojego procesu i zarzuty prokuratury? 

Zarzuty były śmieszne, a wręcz groteskowe. Oczywiście słowo „zbrodnia” pojawiało się tam w co drugim zdaniu, opisując czyn, do którego się rzekomo dopuściłem według ich dekretu, o którym nikt przecież nie wiedział.  

Ponadto dopuszczono się przestępstw sądowych, bo pułkownik Rojewski, ówczesny szef Wojewódzkiego Urzędu SprawWewnętrznych, który podpisywał decyzję o moim internowaniu – a o tym, że byłem internowany, dowiedziałem się dopiero później z IPN-u – skrzętnie ukrył tę decyzję przed sądem, nawet komunistycznym, i nie informował go o moim statusie. Dlatego pośpiesznie przewożono mnie 18 grudnia z Kielc, z ośrodka internowania, do Radomia – trafił im się taki Bińkowski i chcieli szybko pokazać jakąś sprawę, bo w Radomiu nic się nie działo, to może jemu coś zrobimy, no i będzie o czym pisać. 

Jak wyglądała walka o przyjęcie statusu więźnia politycznego w więzieniu w Hrubieszowie? 

Po raz pierwszy zaczęliśmy o tym mówić jeszcze w więzieniu w Łęczycy. Wówczas jeden ze współwięźniów, który siedział pod koniec lat 70. z działaczem chłopskiej Solidarności, opowiadał nam, że tamten konstruował projekty statusu więźnia politycznego, wzorując się na tym, co próbowała osiągnąć IRA w Irlandii Północnej. To była nasza pierwsza inspiracja. Zaczęliśmy więc konstruować własny pomysł. Wysyłaliśmy grypsy przy pomocy podziemnych struktur – najpierw łódzkich, gdy siedzieliśmy w Łęczycy, a potem lubelskich w Hrubieszowie – by konsultować się z innymi przebywającymi w różnych więzieniach i stworzyć wspólny projekt. Nie bardzo nam to wyszło, bo odzew środowisk był mizerny, dlatego postanowiliśmy sformalizować to sami. Ustanowiliśmy status więźnia politycznego: jak się zachowywać wobec służby więziennej, czego się domagać i jak bronić swojej godności osobistej. Trzymała się tego zdecydowana większość z nas. 

A dlaczego bezwzględna odmowa przestrzegania regulaminu była dla Panów tak ważna? 

To były resztki naszej wolności, nieprzekraczalna czerwona linia. Nie mogliśmy się dalej posunąć, bo niczym nie różnilibyśmy się od więźniów kryminalnych. Wobec nich działał regulamin, w którym co drugi artykuł mówił, że naczelnik może coś zrobić, ale nie musi. Żaden więzień nie miał praw – nie wiem, jak to wygląda dzisiaj, ale wówczas był w pełni ubezwłasnowolniony.  

Ja co prawda miałem w wyroku pozbawienie praw publicznych jako drugą część kary, ale traktowałem to jak przywilej, z którego nie zamierzałem korzystać. Nigdy nie głosowałem w latach 80., bo po co? Co najwyżej obserwowałem lokale wyborcze, sprawdzając frekwencję, by potem pokazać, jak fałszują wybory. 

Czy ten cały opór kształtował w jakimś stopniu tożsamość więźniów politycznych, mimo że władza odmawiała uznania tego statusu? 

Ona oficjalnie nie odmawiała. Wręcz przysyłali z Centralnego Zarządu Zakładów Karnych różne szychy – pułkowników czy dyrektorów departamentów – i oni z nami rozmawiali i mówili: „co prawda nie podpiszemy tego i nie opublikujemy, bo to miałoby znamiona państwowe, musiałoby sięgać ustaw, a więc tych wszystkich kwestii, z których PRL się wycofał”. Bo przypomnijmy, że jak powstała „Karta 77” w Helsinkach, tę kartę podpisał PRL, ale potem zrobił wyłączenie. A właśnie w tym wyłączeniu były najistotniejsze rzeczy. Dlatego nie mogli tego uchwalić ani przyjąć statusu więźnia politycznego. Ale powiedzieli nam, że będą starali się przestrzegać tych zapisów wobec nas, chociaż nie będą one formalnie ustanowione. I tak było w większości, z wyjątkiem momentów, 
kiedy jakiś naczelnik chciał się popisać przed wyższymi przełożonymi i pokazać, jak potraktuje tych „ekstremistów”. 

Czy tworzenie kółek zainteresowań, nauki języków czy turniejów szachowych w więzieniu pomagało w codziennej walce psychologicznej? 

Oczywiście, że pomagało. Bezczynność była naszym największym wrogiem, bo widzieliśmy tę „rewolucję” dziejącą się na zewnątrz – mówię w cudzysłowie – zwłaszcza w maju, kiedy odbywały się olbrzymie, wielosettysięczne marsze protestacyjne w całym kraju, a my byliśmy zamknięci. Dlatego chcieliśmy się jakoś rozładować, stąd ten czarny humor, turnieje szachowe i inne kółka zainteresowań.  

Ponadto przez prawie dwa lata, te 18 miesięcy festiwalu wolności Solidarności – od sierpnia 1980 do grudnia 1981 – byliśmy w wirze walki związkowej. Związkowa to była umownie, bo wszystkim chodziło o co innego: o wolność, o niepodległość, a związek był tylko środkiem do tego celu. 

Byliśmy tak odcięci od wszystkiego poza naszą działalnością, że w więzieniu wreszcie 
ochłonęliśmy i nagle zaczęliśmy czytać Władysława Tatarkiewicza czy np “Listy do matki” Słowackiego. Nigdy wcześniej nie znalazłbym na to czasu, a tam sobie to pochłonąłem. 

Czyli ta jedność grupy była bardzo ważna w tamtym momencie. 

Tak, bardzo ważna, dlatego tak bardzo źle przyjmowaliśmy wszystkie odchylenia takie, że nagle ktoś pisze prośbę o ułaskawienie, że przyznaje się, że tak, chciał tej władzy komunistycznej, socjalistycznej zaszkodzić, zniszczyć i tak dalej. 

Jak udało się utrzymać całą jedność tej grupy pomimo tych prób administracji więziennej? Przecież było przenoszenie chorych, były fałszywe grypsy. 

Nie zawsze się to udawało, zwłaszcza wtedy, gdy podejmowaliśmy najbardziej radykalne formy protestu, czyli głodówki. W większości przypadków jedność była zachowana, choć zdarzały się wyjątki. Każde takie zachowanie było jednak piętnowane przez resztę, dlatego służba więzienna radziła sobie w ten sposób, że osoby najbardziej niezdecydowane – takie, które godziły się podporządkować regulaminowi więziennemu czy nawet założyć więzienny strój – przenoszono i izolowano od nas. Trafiały na osobne piętra, były odcinane od reszty grupy. To jednak dotyczyło najwyżej około dziesięciu procent wszystkich osadzonych.  

Zupełnie inaczej wyglądało to w ośrodkach internowania. Niedawno przeglądałem materiały z operacji „Klon”, w których służba więzienna i funkcjonariusze SB co dziesięć dni raportowali, ile osób podpisało deklaracje lojalności i ile zostało zwerbowanych. Z dokumentów wynika, że spośród 145 osób z ówczesnego województwa radomskiego, przebywających w ośrodkach w Kielcach i Łupkowie, aż 90 podpisało deklaracje lojalności, a 30 zostało tajnymi współpracownikami. Dodatkowo było tam 12 twc. „donosicieli spod celi” – kryminalnych, którzy pełnili funkcję informatorów. U nas takiej sytuacji nie było. Znaliśmy wzajemnie swoje historie, widzieliśmy dokumenty, a podczas widzeń rodziny opowiadały, kto z którego zakładu czy regionu siedzi.  

Nie było więc możliwości, żeby ktoś podszywał się pod osobę aresztowaną na przykład za strajk w Ursusie – bo rodzina z Ursusa wiedziała, kto tam faktycznie został zatrzymany. Internowani natomiast często trafiali do ośrodków zupełnie przypadkowo, co sprzyjało takim zjawiskom. 

Jakie znaczenie miały w więzieniu akty upamiętniające m.in. Katyń i ofiary represji? Czy możemy mówić, że były one sposobem przypomnienia, że jesteście więźniami politycznymi, a nie pospolitymi przestępcami? 

To było po prostu to samo, co widzimy dzisiaj. Wszyscy obchodzimy rocznicę Chrztu Polski w kwietniu, a ostatnio robi się to coraz bardziej uroczyście – zwłaszcza w tym roku, kiedy świętowano tysiąclecie Korony. Ale już wtedy, od 1980 roku, zaczynała się tradycja przypominania najważniejszych świąt państwowych i narodowych. Nie tylko w więzieniu – bo już po Sierpniu 1980 roku ta tradycja była żywa – i my również jej nie porzuciliśmy. Trwała przez całą dekadę lat osiemdziesiątych i na szczęście, trwa do dziś. 

Jak wyglądało Pana życie bezpośrednio po opuszczeniu więzienia 14 grudnia 1982 roku? 

Dałem sobie dwa miesiące przerwy i właśnie w tym czasie spisałem pamiętnik. Muszę tu dodać jedną rzecz, bo to ważne. Sam bym na to nie wpadł – namówił mnie do tego znajomy Wiesława Mizerskiego, radomski historyk Stanisław Zieliński, który niedawno zmarł. Podpowiedział mi, jak ten materiał uporządkować, jakie metody zastosować, jak to wszystko ułożyć. Przekonywał, że warto spisać te wspomnienia, bo on potem wyśle pamiętnik na jakiś konkurs, chyba do „Kultury Paryskiej”, choć dokładnie nie pamiętam. Co dalej z tym zrobił – trudno mi powiedzieć, bo później nie mieliśmy już kontaktu. Najważniejsze jest to, że dzięki niemu sformalizowałem całą tę historię na papierze.  

Po wyjściu z więzienia, po tych dwóch miesiącach przerwy i po spisaniu pamiętnika, można powiedzieć, że zamknąłem w ten sposób rozdział więzienny. Wspólnie z kolegami zacząłem odtwarzać struktury związkowe. W swoim zakładzie nie mogłem, bo byłem wtedy zbyt rozpoznawalny, ale działaliśmy na poziomie międzyzakładowym. Razem z Wiesławem Mizerskim, Waldemarem Baranowskim, Franciszkiem Kramkiem, Witoldem Królem i kilku innym osobom stworzyliśmy Tymczasową Komisję Międzyzakładową. Odtwarzaliśmy resztki regionu Solidarności Ziemi Radomskiej i postanowiliśmy wydawać pismo „Wolny Robotnik”, które wychodziło aż do 1990 roku jako nieoficjalne pismo regionalnej Solidarności. 

Do listopada 1983 roku byłem bez pracy. Nie mogłem nigdzie znaleźć zatrudnienia. W urzędzie pracy słyszałem, że mogę pracować „wszędzie”, ale nie w Radoskórze. Kiedy w końcu dostałem skierowanie do ZNTK – Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego – wydawało mi się, że udało się coś osiągnąć. Był jednak koniec kwietnia, a więc zbliżał się 1 i 3 maja. Opiekun zakładowy SB wezwał mnie i ostrzegł, że jeśli zobaczy mnie w jakimkolwiek proteście przeciwko pochodowi pierwszomajowemu albo na obchodach 3 maja, to po weekendzie wyrzuci mnie z zakładu. I tak się stało. Mistrz z mojego wydziału poprosił o dowód, mówiąc, że wbije mi kartki na żywność – wtedy kartki były na mięso i podstawowe produkty. Kiedy oddał dokument, było już w środku zwolnienie. Spakował moje rzeczy i razem z funkcjonariuszem SB wyprowadził mnie za bramę. Cała moja praca w ZNTK trwała dwa tygodnie.  

Potem próbowałem różnych sposobów, żeby znaleźć zatrudnienie. Utrzymywałem się jedynie z zasiłków – raz udało mi się dostać pomoc od Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym, Więzionym i Prześladowanym w Warszawie. Kiedy jednak dowiedziano się, że jestem z KPN, usłyszałem od aktorów pomagających w komitecie, m.in. od Mai Komorowskiej i Kazimierza Kaczora, że „konfederatom nie pomagamy, bo wy jesteście wichrzyciele, anarchiści, chcecie doprowadzić do wejścia Armii Czerwonej”. I pomoc się urwała. 

Kilka razy organizowano dla mnie jeszcze zbiórki w Radoskórze, żebym mógł się jakoś utrzymać. W końcu wpadliśmy z Grzegorzem Ochnią na pomysł nieco desperacki, ale skuteczny. Ochnia znał dziennikarza z agencji UPI – United Press International. Ustaliliśmy, że ten dziennikarz przyjedzie do Radomia, pójdzie ze mną do urzędu pracy i wyjmie kamerę. Ja miałem zapytać urzędników, gdzie mogę pracować. Powiedziano mi, że wszędzie mnie przyjmą, z wyjątkiem Radoskóru. Bez zastanowienia rzuciłem: „To zakłady metalowe”. I przyjęli mnie.  

To było jesienią 1983 roku. Pracowałem tam nawet wtedy, kiedy zostałem ponownie aresztowany w 1984 roku przy wpadce podczas drukowania. Po dwóch miesiącach, gdy wyszedłem na amnestię, wróciłem do pracy w zakładach metalowych. W końcu jednak w 1988 r. zwolniłem się sam, bo przy rodzinie, dziecku i najniższych stawkach nie dało się tam przetrwać. Odszedłem do pracy prywatnej – rozwodziłem piwo. 

A już tak na koniec – czy po upadku komuny spotkał Pan twarzą w twarz osoby, które można nazwać Pana oprawcami albo ludźmi odpowiedzialnymi za represje wobec Pana czy Pana bliskich? Czy miał Pan okazję im coś powiedzieć albo po prostu z nimi porozmawiać? 

Tak, raz taka sytuacja miała miejsce, około 1993 roku. Wtedy kandydowałem w wyborach parlamentarnych i przypadkowo spotkałem mojego dawnego opiekuna zakładowego z ramienia SB. Stał naprzeciwko targu nad rzeczką, na ul Struga. Sam do mnie podszedł i powiedział mniej więcej tak: „Panie Krzysiu, czy warto było? No widzi pan, jak to wygląda – znowu komuniści i PSL stworzyły rząd”. Powiedział to w sposób bezczelny, szyderczy, z poczuciem pełnej bezkarności. To był taki najjaskrawszy przykład. 

Druga sytuacja była jeszcze bardziej drastyczna. Jeden z naszych kolegów z opozycji, został przyjęty do UOP w 1990 roku, kiedy tworzono nowe służby po rozwiązaniu SB. Zaprosił mnie, żebym zobaczył, jak teraz wygląda ta instytucja. Wszedłem tam, a przy biurku siedział pan Kowalik – oficer SB, który przez lata przesłuchiwał mnie co tydzień lub co dwa tygodnie. Przeszedł tak zwaną „weryfikację”. Powiedział mi wtedy: „Panie Krzysiu, mówiłem, że tacy jak my zawsze będą każdemu państwu i każdemu rządowi potrzebni”. I, niestety, miał rację. 

Później okazało się, że inwigilacja trwała również po 1990 roku. Wszystkie służby inwigilowały praktycznie każdą ówczesną partię polityczną – niezależnie od opcji – prowadziły obserwację w ramach tzw. instrukcji 0015, już w III RP. Inwigilowani byli zarówno ludzie z Konfederacji, jak i na przykład Jan Łopuszański z ZChN. 

To pokazuje, że system wcale nie zmienił się tak głęboko, jak wielu wtedy wierzyło. 

Czyli “czasy się zmieniły, ale służby zostały”. 

Mało tego, Filip Musiał – jeden z ważniejszych historyków zajmujących się Służbą Bezpieczeństwa i w ogóle aparatem bezpieczeństwa w PRL, autor wielu publikacji na ten temat – twierdził, że do UOP praktycznie nie przyjmowano ludzi przypadkowych. A jeśli już zdarzały się wyjątki, to były to jednostkowe sytuacje.  

Pytałem później mojego kolegi z UOP, jak to wyglądało w jego przypadku, i jeśli wierzyć jego relacji, u niego odbyło się to inaczej. Jednak według Musiała zasada była jasna: żeby dostać się do nowych służb, trzeba było mieć rekomendację oficera z poprzednich struktur. Tak właśnie wyglądały te służby. 

Dziękuję za rozmowę.