Po tragicznych wydarzeniach w Ostrołęce i Leszczydole-Nowinach w internecie zaczęły krążyć kolejne alarmujące doniesienia. W Radomiu pojawiały się informacje o rzekomych atakach, bójkach i strzelaninach. Policja dementowała niepotwierdzone wiadomości, a eksperci zwracają uwagę na mechanizm, który może napędzać panikę. – Strach sprzedaje się lepiej niż wiedza – mówi w rozmowie z naszym portalem Marek Miśko, ekspert zajmujący się bezpieczeństwem i sytuacjami kryzysowymi.
Ostatnie dni przyniosły tragiczne wydarzenia, które wywołały niepokój wśród mieszkańców i rodziców. Po ataku w Ostrołęce, a następnie dramacie w Leszczydole-Nowinach, gdzie 15-letni były uczeń śmiertelnie ranił pracownicę szkoły i zaatakował dwie inne osoby z personelu, w internecie zaczęły pojawiać się kolejne doniesienia o rzekomych zagrożeniach.
Niepokój podsycały wiadomości o domniemanych atakach w różnych miastach, w tym w Radomiu. W mediach społecznościowych krążyły informacje o rzekomych bójkach, użyciu noża, strzałach czy osobach poszkodowanych. Pojawiały się także ostrzeżenia związane z hasłem „Krwawy Piątek”.
Policja informowała, że nie potwierdzono opisywanych zdarzeń w Radomiu, a przeprowadzone czynności nie wskazywały na to, by internetowe doniesienia o „Krwawym Piątku” odpowiadały rzeczywistemu wydarzeniu. Służby sprawdzały napływające sygnały, a w rejonach szkół podejmowano działania prewencyjne.
Przypomnijmy:
W takich sytuacjach trudno oddzielić uzasadnioną ostrożność od strachu napędzanego przez niezweryfikowane informacje. Dlaczego alarmujące wiadomości rozchodzą się tak szybko i jak powinniśmy na nie reagować? O tym rozmawialiśmy z Markiem Miśko, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa wewnętrznego, bezpieczeństwa informacji niejawnych i zarządzania sytuacjami kryzysowymi.
Po tragedii pojawia się informacyjna próżnia
Zdaniem Marka Miśko reakcja internetu na tragiczne wydarzenia przebiega według powtarzającego się schematu.
– Przestrzeń informacyjna zachowała się tak, jak zawsze po prawdziwej tragedii: najpierw lęk, potem plotka, potem panika
ocenia ekspert.
Jak podkreśla, nie ma obecnie podstaw, by na tej podstawie przesądzać o zorganizowanej operacji psychologicznej. Policja informowała, że nie znalazła wskazań potwierdzających istnienie internetowego „wyzwania”, a autorstwo hasła „Krwawy Piątek” pozostawało nieustalone.
Miśko zwraca jednak uwagę, że brak dowodów na celowo zorganizowaną akcję nie oznacza, że problem można zignorować. Społeczeństwo może być podatne na działania wykorzystujące strach nawet wtedy, gdy pierwotna plotka powstała spontanicznie.
– Przeciwnik nie musi niczego wymyślać. Wystarczy, że poczeka na prawdziwą tragedię i dołoży do niej kilka fałszywych alarmów, a my zrobimy resztę sami
mówi.
Ekspert zaznacza, że zdolność wrogich państw do prowadzenia działań informacyjnych jest udokumentowana, ale nie jest to dowód, że właśnie taki scenariusz miał miejsce w omawianej sytuacji. Nie należy więc utożsamiać każdej plotki z operacją obcego wywiadu.
Jak wyjaśnia, niezweryfikowana wiadomość może początkowo rozprzestrzeniać się bez niczyjego planu, a dopiero później zostać celowo wykorzystana lub wzmocniona. Z perspektywy zwykłego użytkownika internetu ustalenie intencji autora często nie jest możliwe.
– Z zewnątrz zwykle nie da się tego rozstrzygnąć. Intencję ustalają służby, analizując źródła, konta i czas publikacji
podkreśla Miśko.
Strach rozchodzi się szybciej niż sprawdzone informacje
Dlaczego wiadomości o rzekomych zagrożeniach potrafią w krótkim czasie dotrzeć do wielu osób, nawet jeśli nie wiadomo, kto je stworzył i na jakiej podstawie?
Według eksperta po tragedii powstaje informacyjna próżnia. Rodzice chcą wiedzieć, czy ich dzieci są bezpieczne, a osoby śledzące doniesienia oczekują szybkich odpowiedzi. Oficjalne komunikaty nie zawsze pojawiają się w takim tempie, jakiego oczekują użytkownicy mediów społecznościowych.
W tym czasie szybko rozchodzą się wiadomości wywołujące silne emocje. Znaczenie mają także mechanizmy funkcjonowania platform internetowych, na których treści budzące strach i oburzenie mogą przyciągać dużą uwagę.
– Strach sprzedaje się lepiej niż wiedza
mówi Marek Miśko.
Ekspert wskazuje również na motyw, który nie zawsze jest brany pod uwagę: wiele osób przekazuje alarmujące wiadomości nie z chęci wywołania paniki, lecz z przekonania, że w ten sposób ostrzega innych.
Ktoś otrzymuje wiadomość od znajomego, widzi zrzut ekranu na grupie rodziców albo czyta ostrzeżenie na lokalnym profilu. Następnie przesyła je dalej, zakładając, że lepiej uprzedzić innych na wszelki wypadek. W efekcie informacja może dotrzeć do kolejnych odbiorców, choć nikt nie sprawdził jej źródła.
Dobra intencja nie sprawia jednak, że niepotwierdzona wiadomość staje się wiarygodna. Kolejne udostępnienia mogą natomiast stworzyć wrażenie, że skoro o zagrożeniu pisze wiele osób, musi być w nim coś prawdziwego.
Miśko zwraca uwagę, że nie zawsze da się łatwo odróżnić spontaniczną plotkę od celowej dezinformacji. Wśród sygnałów, które powinny wzbudzić ostrożność, wymienia anonimowe źródło, brak sprawdzalnych szczegółów, presję czasu oraz publikowanie bardzo podobnych treści przez wiele kont.
Są to jednak wskazówki, a nie dowód manipulacji. Najważniejsze pozostaje sprawdzenie informacji przed jej przekazaniem dalej.
Fałszywy alarm też ma konsekwencje
Rozpowszechnianie niepotwierdzonych informacji może wpływać nie tylko na samopoczucie odbiorców. Każde zgłoszenie o potencjalnym zagrożeniu wymaga oceny i może wiązać się z zaangażowaniem służb.
– Każdy fałszywy alarm trzeba sprawdzić. To oznacza dodatkowe patrole, rozmowy i godziny pracy ludzi, których potrzebujemy do realnych zagrożeń
wskazuje ekspert.
Miśko zwraca również uwagę na długofalowe konsekwencje. Jeśli ludzie wielokrotnie otrzymują alarmujące wiadomości, które później się nie potwierdzają, mogą z czasem przestać reagować na kolejne ostrzeżenia. To szczególnie niebezpieczne, gdyby następnym razem informacja dotyczyła rzeczywistego zagrożenia.
Możliwa jest również przeciwna reakcja: narastający niepokój, ograniczanie aktywności dzieci i utrata zaufania do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.
W ostatnich dniach podejmowano działania prewencyjne w rejonach szkół. Jak zaznacza Miśko, obecność patroli może pomóc mieszkańcom odzyskać poczucie, że sytuacja jest monitorowana, ale nie zastąpi długofalowego budowania zaufania do sprawdzonych źródeł informacji.
Istotne jest więc nie tylko dementowanie kolejnych pogłosek, lecz także takie przekazywanie komunikatów, aby odbiorcy wiedzieli, co zostało potwierdzone, co jest sprawdzane, a czego na danym etapie nie można ustalić.
Otrzymałeś wiadomość o ataku? Najpierw ją zweryfikuj
Jak zachować się, gdy na grupie klasowej lub lokalnym profilu pojawia się wiadomość, że następnego dnia w konkretnej szkole ma dojść do ataku?
Marek Miśko zaleca, aby przede wszystkim nie rozpowszechniać jej dalej. W pierwszej kolejności należy spróbować ustalić, skąd pochodzi informacja, kto ją opublikował i czy można dotrzeć do pierwotnego źródła.
Jeśli wiadomość zawiera groźbę, warto zachować jej treść, na przykład w postaci zrzutu ekranu z widoczną datą i nazwą nadawcy. Następnie należy przekazać ją właściwym osobom lub służbom, które mogą ją sprawdzić.
– Przekazujemy najpierw służbom, a nie siejemy panikę na grupie, chyba że chodzi o bezpośrednie zagrożenie tu i teraz
podkreśla ekspert.
W zależności od sytuacji można skontaktować się z dyrekcją szkoły lub policją. Jeżeli istnieje bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia, należy dzwonić pod numer alarmowy 112. Miśko wskazuje również na adres [email protected] jako kanał przekazywania informacji Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Kluczowe jest przy tym rozróżnienie dwóch rzeczy: nie należy rozpowszechniać niepotwierdzonych ostrzeżeń, ale nie wolno też lekceważyć konkretnej groźby tylko dlatego, że nie została jeszcze potwierdzona przez służby. Zadaniem odbiorcy nie jest samodzielne prowadzenie śledztwa ani rozstrzyganie, czy autor blefuje. Powinien przekazać informację tam, gdzie może zostać oceniona i sprawdzona.
„Zatrzymaj się, zanim klikniesz udostępnij”
W sytuacji, gdy internet zalewają alarmujące wiadomości, podstawowa zasada jest prosta: przed udostępnieniem trzeba zastanowić się nad pochodzeniem informacji.
– Zadaj sobie jedno pytanie: kto to napisał i skąd wie? Jeśli nie umiesz odpowiedzieć, nie przekazuj
radzi Miśko.
Ekspert zaleca korzystanie z kilku sprawdzonych źródeł, w tym komunikatów policji, kuratorium i dyrekcji szkoły. Nie oznacza to, że każdą wiadomość należy automatycznie odrzucić, jeśli nie pojawiła się jeszcze w oficjalnym komunikacie. Chodzi o to, by nie zamieniać niepewności w kolejne ostrzeżenia przekazywane bez weryfikacji.
W obliczu ostatnich wydarzeń szczególnie ważne jest zachowanie równowagi między ostrożnością a paniką. Realne zagrożenia należy zgłaszać, a informacje, których wiarygodności nie udało się ustalić, pozostawić bez dalszego rozpowszechniania.
– W wojnie informacyjnej twoja uwaga i twój strach są zasobem, o który ktoś walczy, a każdy udostępniony alarm to praca wykonana za kogoś. Nie musisz być ekspertem od dezinformacji, wystarczy, że nie będziesz przekaźnikiem
podsumowuje Marek Miśko.
Przypomnijmy, że Marek Miśko jest ekspertem w zakresie bezpieczeństwa i zarządzania sytuacjami kryzysowymi. Specjalizuje się w tworzeniu strategii i taktyk dla przedsiębiorstw oraz instytucji, bezpieczeństwie wewnętrznym i ochronie informacji niejawnych. Zajmuje się również audytami bezpieczeństwa oraz analizą ryzyka. Jest także instruktorem strzelectwa i prowadzi szkolenia strategiczne.
Więcej materiałów Marka Miśko na temat bezpieczeństwa, reagowania w sytuacjach kryzysowych i zagrożeń można znaleźć na jego profilach w mediach społecznościowych. Warto je śledzić, by poznawać praktyczne wskazówki dotyczące oceny zagrożeń i odpowiedzialnego reagowania na nie. Dostępne są one na:

