– Bez pomocy mieszkańców Radomia, takiej prawdziwej solidarności, nasz strajk byłby niemożliwy do przeprowadzenia i nie trwałby 49 dni – mówił w rozmowie z Oskarem Klichem Włodzimierz Dobrowolski, uczestnik wydarzeń i przedstawiciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W trakcie rozmowy poruszono temat atmosfery jesieni 1981 roku na Wyższej Szkole Inżynierskiej, przyczyn protestu skierowanych przeciw mianowaniu na rektora WSI profesora Michała Hebdy, organizacji 49-dniowego strajku okupacyjnego, wsparcia mieszkańców i Kościoła, komunikacji z całą Polską dzięki dostępowi do telexu, ogólnopolskiego echa protestu, prób mediacji, relacji z ostatnich godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego oraz na koniec o represjach i dziedzictwie strajku pielęgnowanej przez Stowarzyszenia „Październik ’81”.
Najdłuższy strajk okupacyjny w historii Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej rozpoczął się 26 października 1981 roku w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Trwał 49 dni i zakończył się 13 grudnia, wraz z wprowadzeniem stanu wojennego. Protest, który początkowo dotyczył sytuacji na jednej uczelni, szybko przerodził się w ogólnopolski sprzeciw środowisk akademickich. Bezpośrednią przyczyną konfliktu było mianowanie profesora Michała Hebdy na rektora WSI mimo sprzeciwu uczelnianej „Solidarności” i Niezależnego Zrzeszenia Studentów.
W tle pozostawał jednak szerszy spór o autonomię szkół wyższych, samorządność akademicką i przemożny wpływ władz politycznych i państwowych na funkcjonowanie uczelni. Przez niemal siedem tygodni strajkujący organizowali życie w okupowanych budynkach, informowali o przebiegu protestu i otrzymywali wsparcie z Radomia oraz ośrodków akademickich wkraju. Strajk stał się jednym z najważniejszych wydarzeń w historii środowiska akademickiego. Jego uczestnicy musieli jednak zmierzyć się nie tylko z presją władz, lecz także z konsekwencjami wprowadzenia stanu wojennego.
Zobacz też:
O tamtych wydarzeniach, atmosferze panującej na uczelni, kulisach protestu i jego znaczeniu rozmawiamy z Włodzimierzem Dobrowolskim, uczestnikiem wydarzeń i przedstawicielem Niezależnego Zrzeszenia Studentów.
Jak Pan wspomina atmosferę jesieni 1981 roku na Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu?
Dla nas to był przede wszystkim początek roku akademickiego 1981/1982. Można powiedzieć początek związany z pełnym odczuciem wolniści – „karnawału Solidarności”. Widzieliśmy, co się dzieje. Solidarność okrzepła jako duży ruch społeczny, a jak się okazuje – też polityczny, i była coraz bardziej odważna w swoich działaniach, oczekiwaniach wyrażanych w żądaniach, bardziej radykalna. Myślę, że udzieliły nam się odczucia skutecznej walki o wolność, demokrację, walki z cenzurą i o należną pozycję w demokratycznym państwie. W konsekwencji efektem tego były późniejsze wydarzenia oraz postawa protestujących związane ze strajkiem w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu.
Kiedy stało się jasne, że strajk okupacyjny może być jedynym sposobem na rozwiązanie konfliktu?
Kiedy zaczęliśmy żądać od władz akademickich, a tak naprawdę też od władz politycznych, czyli PZPR, żeby nie narzucały nam kandydata na rektora. Oczekiwaliśmy demokratycznych wyborów i możliwości zgłoszenia swojego kandydata. „Oni” do tego nie chcieli dopuścić. Zaczęliśmy więc na gremiach wyborczych m. in. w Senackiej Komisji Wyborczej, protestować przeciwko złej ordynacji. W odpowiedzi „oni” złożyli wnioski o relegowanie z uczelni pracowników oraz studentów, w tym mnie. To przelało czarę goryczy. Komisja Zakładowa Solidarności w WSI w Radomiu postanowiła pokazać, że też ma siłę. Ogłosiła najpierw akcję protestacyjną, potem strajk ostrzegawczy, a w konsekwencji 26 października uchwałą Komisji Zakładowej przystąpiono do strajku okupacyjnego, do którego przyłączyło się Niezależne Zrzeszenie Studentów. Bezpośrednią przyczyną protestu było mianowanie profesora Michała Hebdy na rektora wbrew stanowisku Solidarności i NZS.
Co sprawiało, że jego osoba budziła tak duży sprzeciw w środowisku akademickim?
Obserwowaliśmy, co się dzieje na innych uczelniach w Polsce, i zauważyliśmy, że środowiska akademickie miały tam prawo zgłaszać swoich kandydatów. Nam tej możliwości nie chciano dać. Profesor Michał Hebda, rektor wielokadencyjny Wyższej Szkoły Inżynierskiej, mający korzenie w Wojskowej Akademii Technicznej z tytułem pułkownika, potem związany z Politechniką Świętokrzyską, traktował radomską uczelnię jak swój własny folwark. Byliśmy temu przeciwni i dlatego żądaliśmy możliwości zgłoszenia swojego kandydata. Wydawało nam się, że mamy większość w środowisku akademickim i dokonamy wyboru naszego, tym razem demokratycznie wybranego rektora. Niestety, nie dopuszczono do tego. To była główna przyczyna naszego protestu.

Ważnym momentem było posiedzenie Kolegium Rektorskiego i Senackiej Komisji Wyborczej, podczas którego usunięto z Sali przedstawicieli Solidarności i NZS. Jak to wydarzenie wpłynęło na dalszy rozwój konfliktu i mobilizację studentów?
Początek strajku był bardzo przedstawicielski – głównie Komisja Zakładowa i grono bardzo dobrze zorganizowanych pracowników „Solidarności”. Jeśli chodzi o NZS, to najpierw było to kilkanaście osób, a dopiero w kolejne dni strajku przyłączali się do nas pozostali studenci. Przychodzili, meldowali się na strajk okupacyjny. Doszliśmy do ponad 300 osób. Po kilku tygodniach do strajku włączył się też samorząd studentów i pozostała część studentów na Wydziale Ekonomicznym. Po wiecu w hali sportowej na Chrobrego zajęto budynek na ul. 1-go Maja – Wydziału Ekonomicznego i tam zorganizowano wyłącznie strajk studencki.
Jak wyglądały pierwsze godziny strajku?
Rozpoczynając nasz strajk, nigdy nie myśleliśmy, że będzie to najdłuższy strajk w Polsce, że potrwa 49 dni. Liczyliśmy, że będzie trzydniowy, że władza się przestraszy i przyjmie nasze postulaty. Po tygodniu byliśmy zdziwieni, a potem minęły prawie dwa miesiące pobytu na uczelni w warunkach okupacji sal wykładowych i laboratoriów. W salach wykładowych mieliśmy rozłożone miejsca do noclegu, w mniejszych salach i laboratoriach – jadalnie. Łazienki ledwo wytrzymywały. Na początku nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak duże jest to przedsięwzięcie organizacyjnie i jak ważne jest bezpieczeństwo. Baliśmy się prowokacji. Było kilka prób wnoszenia butelek, wrzucania czegoś, co mogło świadczyć, że to nie poważny strajk, tylko bal i pijaństwo. Dlatego powołaliśmy straż strajkową. Z ogromnym uznaniem myślę dziś o starszych kolegach z „Solidarności”, którzy przewidzieli organizację służb porządkowych i zabezpieczyli nas przed takimi niebezpieczeństwami.
Strajk trwał 49 dni. Jak udało się zorganizować codzienne funkcjonowanie okupowanych budynków, utrzymać dyscyplinę i zapewnić bezpieczeństwo?
Nie do końca pytanie dotyczy moich zadań, ja byłem rzecznikiem prasowym i zajmowałem się inną częścią odpowiedzialności. Udało się jednak niezwykle dobrze zorganizować Uczelniany Komitet Strajkowy, w którym każdy wziął na siebie kawałek odpowiedzialności i wykonywał ją w stu procentach. Byłem jednym z dwóch rzeczników strajku i odpowiadałem za kontakty zewnętrzne z organizacjami ogólnopolskimi w Warszawie i innych miastach. Jeździłem, inicjowałem strajki na innych uczelniach. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo wzięli na siebie inni koledzy – zarówno z Komisji Zakładowej Solidarności, jak i z NZS. Była świetna kooperacja. Nie było dyskusji, kto zarządza, kto wykonuje polecenia. Tylko dzięki temu przetrwaliśmy. Świetna organizacja w imię zwycięstwa.

Ważną rolę w przekazywaniu informacji odegrał biuletyn strajkowy. Jak wyglądała organizacja komunikacji ze światem zewnętrznym, zwłaszcza gdy oficjalne media publikowały materiały krytykujące protest?
Dla mnie i dla koleżeństwa niezwykłym odkryciem były możliwości urządzenia, które dziś nazwalibyśmy faksem albo formą portalu informacyjnego. Mieliśmy w laboratorium łączności na Wydziale Transportu telex – dalekopis kolejowy podłączony do linii PKP. To była maszyna do pisania, w której można było przygotować tasiemki perforowane i dzięki temu jedną depeszę wysyłać do wielu adresatów. Dzięki telexowi mieliśmy łączność z całym światem. Mogliśmy nawet wysłać życzenia papieżowi Janowi Pawłowi II z okazji rocznicy pontyfikatu, która przypadała w trakcie naszego protestu. Mieliśmy kontakt ze wszystkimi komisjami zakładowymi w kraju i innymi uczelniami na których trwały strajki.
Udało się przechować przez 40 lat tasiemki ze strajkowego telexu i wydrukować komplet depesz w książce „Nasz czas. Kronika strajku pracowników i studentów Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu”, która ukazała się 13 grudnia 2023 roku. Na czele komórki informacyjnej stał wtedy młody pracownik nauki, mgr Stanisław Karczmarzyk. Miał w zespole dwie koleżanki wykładowczynie, telex oraz maszyny do pisania. Stworzyli biuro informacyjne w którym przygotowywali treść komunikatów, a ja jako rzecznik byłem ustami tej organizacji. Strajkujący otrzymywali wsparcie od rodzin, mieszkańców Radomia, Zarządu Regionu „Solidarność” Ziemia Radomska i Solidarności Rolników Indywidualnych.
Jak Pan zapamiętał tę ludzką solidarność? Czy bez niej możliwe byłoby utrzymanie protestu przez niemal siedem tygodni?
Bez pomocy mieszkańców Radomia, takiej prawdziwej solidarności – moralnej i Pomocy materialnej – ten strajk byłby niemożliwy do przeprowadzenia i nie trwałby 49 dni. Skarbnikiem w komitecie strajkowym był Jacek Mężyk, obecnie Prezes naszego Stowarzyszenia Październik’81, głównym zaopatrzeniowcem Krzysztof Telka. W swoich kontaktach z regionem radomskim, spółdzielniami rolniczymi i kołami Solidarności Rolników Indywidualnych wiedzieli, gdzie kupić taniej ziemniaki czy jabłka.
Jacek do dziś ze wzruszeniem wspomina, jak mieszkańcy Radomia w blokach robili składki na nasz strajk, jak pracownicy zakładów tytoniowych przynosili kartony z papierosami. Dziś to może brzmieć dziwnie, ale wtedy było bardzo wzruszające dawało to poczucie poparcia. Dziś kiedy o tym wspominają, mają łzy w oczach. To były wyrazy absolutnej, prawdziwej, ludzkiej solidarności. Nigdy tego mieszkańcom Radomia nie zapomnimy.
Strajk toczył się nie tylko wokół postulatów politycznych i akademickich. Organizowano msze święte, a okupowane budynki były miejscem wydarzeń rodzinnych – ślubów czy chrztów. Jak wspomina Pan codzienne życie społeczne i duchowe strajkujących?
To był wspaniały czas. Tak jak niezwykłe wsparcie otrzymaliśmy od mieszkańców Radomia, tak samo niesamowitą pomoc dali nam przedstawiciele Kościoła radomskiego. Przede wszystkim ksiądz biskup Edward Materski, który wyznaczył na duszpasterza strajku księdza Jerzego Banaśkiewicza, ówczesnego duszpasterza akademickiego w katedrze. Ksiądz Jerzy już po tygodniu od rozpoczęcia strajku codziennie odprawiał mszę świętą w jednej z sal wykładowych w rektoracie. To były wspaniałe msze. Podtrzymywały nas na duchu i były codziennym duchowym wsparciem.
Nasz kolega Jan Parczewski poprosił o chrzest córki Marty. Było to w niedzielę 21 listopada. Dzięki temu wiemy dziś, ile lat liczy Marta. Na Wydziale Ekonomicznym, wtedy przy ulicy 1 Maja, odbył się też słynny ślub studentów młodych Państwa Domańskich. Przez nasz strajk przetoczyło się wielu radomskich kapłanów. Biskup Materski przekazywał też część darów, które przychodziły dla mieszkańców Radomia z diecezji zachodniej Europy.

Strajk w radomskiej WSI stał się impulsem do mobilizacji środowisk akademickich w całej Polsce. Czy spodziewali się Państwo tak szerokiego poparcia?
To było szokujące – pozytywnie szokujące. Krajowa Komisja Koordynacyjna NZS na początku listopada ogłosiła strajk solidarnościowy z WSI w Radomiu. Koledzy zorientowali się, że nasza uczelnia jest tak głęboko atakowana przez władze polityczne PZPR i władze uczelni, że nikt nie dopuści informacji o przyczynach naszego protestu. Znalazło to ogromne zrozumienie. Do strajku solidarnościowego stanęło prawie 80 ośrodków w całej Polsce. W Radomiu był to strajk pracowników i studentów, a ogólnopolski – przede wszystkim studencki. Dopiero po 11 listopada część komisji zakładowych Solidarności na innych uczelniach też weszła do tych strajków. Te uczelnie nie wytrzymały jednak tak długiego napięcia, nie miały takiego wsparcia. Pierwszy zauważył to Uniwersytet Jagielloński, który postanowił wyjść ze strajku. Przed 13 grudnia część uczelni wcześniej zakończyła protest. Niewiele z nich, tak jak my, pozostało w okupacji budynków uczelnianych do 13 grudnia.
Dlaczego autonomia uczelni i możliwość samodzielnego decydowania o ich władzach miały wówczas tak duże znaczenie?
Nie wówczas. W ogóle to ma ogromne znaczenie. Dziś jest to oczywiste. Nikt sobie nie wyobraża, że przyjdzie jakaś partia polityczna i wskaże, kto ma być rektorem. Dla współczesnego studenta czy pracownika nauki to niedopuszczalne. Wtedy była to oczywista sytuacja – my nie mieliśmy nawet prawa zgłoszenia swojego kandydata. Nam się wydawało, że to podstawowa zasada akademicka: przywódcą powinien być największy autorytet, nie ten narzucony politycznie, a już na pewno nie komunista. To powinien być ktoś, kto ma podstawę, by być najwyższym autorytetem naukowym – mistrzem. Dlatego mieliśmy prawo oczekiwać, że jako członkowie środowiska akademickiego mamy prawo wskazać kogo chcemy mieć za rektora.
Do Radomia przyjeżdżały delegacje podejmujące próby mediacji, w tym przedstawiciele środowisk akademickiego. Jak przebiegały te rozmowy i czy pojawiła się realna szansa na kompromis?
Nigdy nie pojawiła się realna szansa na kompromis. Przyjeżdżały najwyższe autorytety – rektorzy wybrani przez uczelnie z całego kraju. Rozmawialiśmy z nimi o warunkach zakończenia strajku, o tym, co chcielibyśmy, żeby zostało zrealizowane z naszych postulatów. Druga strona w ogóle z nimi nie rozmawiała. Nie było szans, mimo ogromnego zaangażowania Konferencji Rektorów Szkół Wyższych, Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego czy Prymasa Polski. Tu wtrącę, że w tym roku obchodzimy stulecie urodzin profesora Władysława Findeisena, rektora Politechniki Warszawskiej który był negocjatorem podczas protestu.
Byli też: profesor Joanna Radomska z SGGW, profesor Nielubowicz z Akademii Medycznej, profesor Andrzej Łapicki z warszawskiej PWST, profesor Henryk Samsonowicz z Uniwersytetu Warszawskiego. Mógłbym ich wymieniać też wielu innych, bo wszystkich poznałem przy stole negocjacyjnym i Z wieloma się zaprzyjaźniłem. Niestety strona przeciwna – sympatycy i współpracownicy profesora Hebdy – nie dopuszczali możliwości jakichkolwiek negocjacji i porozumienia.
Na początku grudnia napięcie w kraju wyraźnie wzrosło. Czy na WSI odczuwali Państwo, że sytuacja może wkrótce doprowadzić do siłowej konfrontacji?
Nie mieliśmy takiego odczucia. Raczej mieliśmy poczucie beznadziei – że nasz protest po tylu tygodniach do niczego nie prowadzi, że nie ma rozwiązania ani chęci rozmowy. Kiedy zaczęły wygasać strajki w innych ośrodkach akademickich, odebraliśmy pacyfikację Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej jako próbę prowokacyjnego rozniecenia protestów. Nie wiedzieliśmy, że to będzie służyło wprowadzeniu stanu wojennego. Okazało się, że rządzącym chodziło o to, żeby strajki przed wprowadzeniem stanu wojennego nie wygasły.

Jak wyglądały ostatnie godziny strajku i okoliczności opuszczenia budynków?
Dowiedziałem się o stanie wojennym w niedzielę rano. Byłem w drodze z Poznania, z ogólnopolskiego zebrania komitetów strajkowych. Profesor Findeisen zabrał mnie do Warszawy. Rano włączyłem telewizor i okazało się, że „spawacz” i WRONA wprowadzają stan wojenny. Przyjechałem tego dnia, 13 grudnia, na uczelnię, żeby kontynuować strajk. Komitet Strajkowy zebrał się i postanowił zwolnić do domu wszystkie osoby, które mogły być zagrożone interwencją ZOMO – głównie kobiety i osoby słabsze. Etapami zwalnialiśmy kolejne grupy.
Na koniec zostało nas 20 osób, które trwały do końca – do opuszczenia bydynków w obecności komendanta stanu wojennego. Nie chcieliśmy oddać budynku bez protokołu przejęcia, bo następnego dnia mogliby nas aresztować pod zarzutem, że czegoś brakuje albo coś jest zdewastowane. Dopiero po podpisaniu protokołu opuściliśmy budynek. Przede wszystkim zniszczyliśmy dokumenty, które pokazywałyby dokładnie, kto i jak długo był na strajku i jaką rolę pełnił. To, co dało się spalić, spaliliśmy na podwórku. Pozostałe dokumenty schowaliśmy za boazerią w budynku rektoratu. Przetrwały tam kilkadziesiąt lat.
Jakie konsekwencje tamte wydarzenia miały dla Pana i Pańskich koleżanek i kolegów?
Po wprowadzeniu stanu wojennego tylko jedna osoba została internowana – doktor Jan Rejczak, wiceprzewodniczący Regionu MKR Ziemia Radomska NSZZ „Solidarność”. My byliśmy tak rozpracowani przez Służbę Bezpieczeństwa, że nie było potrzeby nas internować. Uderzono w przywódców strajku z „Solidarności”. SB miała swobodny dostęp do wszystkich uczestników. Ja byłem wielokrotnie wzywany na przesłuchania do Wojewódzkiej Komendy Spraw Wewnętrznych – miejsca, gdzie w 1976 roku prowadzono „ścieżki zdrowia” na ul. Kilińskiego. Wielogodzinne przesłuchania, po kilkadziesiąt osób dziennie. To była ogromna presja psychiczna, próba zmuszania do podpisania tzw. lojalek. Nie mam wiedzy, czy ktokolwiek podpisał. Wiem natomiast, że dla wielu często kończyło się to rezygnacją ze studiów na WSI. Ja też w konsekwencji represji przeniosłem się na Politechnikę Warszawską dzięki poznanemu na strajku profesorowi Findeisenowi.
Jak z dzisiejszej perspektywy ocenia Pan rezultaty strajku? Czy mimo siłowego zakończenia można mówić o zwycięstwie części postulatów?
W wyniku naszego protestu i bezkompromisowej postawy postulaty, które zgłosiliśmy, zostały wdrożone przez rządzących po dwóch latach. Dziś są oczywistymi prawami środowiska akademickiego we współczesnej demokracji. Nie mam wątpliwości. Władze wprowadziły te postulaty aby całkiem nie stracić wpływu na środowisko akademickie. Po doświadczeniu z naszego protestu i protestu ogólnopolskiego musiały coś zrobić, by ich pozycja w środowisku akademickim nie opierała się wyłącznie na sile stanu wojennego. To była nasza wywalczona ofiara – osłodzenie tego wszystkiego, co nas spotkało w następstwie uczestniczenia w radomskim strajku.
Jaką rolę odgrywa dziś Stowarzyszenie „Październik ’81”?
Stowarzyszenie powstało w wyniku organizacji obchodów 40. rocznicy w 2021 roku. Zorientowaliśmy się, że jeśli sami nie zaczniemy działać na rzecz utrzymania pamięci o naszym proteście, to żadne instytucje – łącznie z Uniwersytetem Radomskim – nie będą robiły nic, żeby pamiętać o tym proteście, jego bohaterach i poniesionych ofiarach. Jest nas około 60 osób – przede wszystkim uczestników strajku. Wiemy, że trzeba przypominać i apelować do państwa, struktur samorządowych i uczelni o podtrzymywanie pamięci o naszym strajku oraz apelować o zbadanie jego przebiegu, okoliczności i działań operacyjnych Służby Bezpieczeństwa.

Gdyby miał Pan wskazać jedną rzecz, którą współczesne pokolenie powinno zrozumieć, poznając historię 49-dniowego strajku w Radomiu, co by to było?
Najważniejszą rzeczą jest zrozumienie, jak ważne dla środowiska akademickiego jest wolność głoszenia poglądów, wolność prowadzenia badań naukowych, wolność publikacji bez cenzury i wolność organizacji – możliwość znajdowania ludzi o podobnych poglądach i wspólnego przekonywania do nich innych. To jest najważniejsze. Dziś młode pokolenie nie wyobraża sobie bez tego życia. My żyliśmy w czasach, w których za to ponieśliśmy ogromną ofiarę – często złamane kariery, brak możliwości kontynuacji czy zakończenia studiów. To miało wpływ na całe nasze życie. Nie życzę żadnemu kolejnemu pokoleniu naszych doświadczeń. Dlatego właśnie warto badać historię – żeby nie ponosić ofiar konfrontacji władzy ze środowiskiem akademickim. W takiej sytuacji środowisko akademickie najczęściej nie ma szans.


