Razem z kilkoma osobami pracujemy nad stowarzyszeniem, które będzie organizowało koncerty, muzyczne warsztaty i różnorakie eventy w szkołach, szpitalach i zakładach poprawczych, a wszystko to w motocyklowo-rockowym klimacie. Chcemy zarażać pasją, podać braterską dłoń, wyrwać na trochę ludzi z wiru traum i problemów – mówi o swoich planach Wiktor Smutek, znany też jako Victor Sorrow. Muzyk i radiowiec o radomskich korzeniach, który wydał niedawno album „Desert of my Life”, dzieli się z nami przemyśleniami dotyczącymi siły humoru oraz ironii, opowiada o międzynarodowych muzycznych przygodach, fascynacji Brazylią i USA, a także wspomina początki pracy w radiu. Rozmawiał Elvis Strzelecki.
Początki Twojej działalności muzycznej to gra na basie w trash metalowej kapeli Dead Hippies oraz bycie wokalistą w formacji 2 Calories. Jak wspominasz czas spędzony w tych grupach? Czego dzięki obecności w nich się nauczyłeś?
To są bardzo miłe wspomnienia. W Dead Hippies grałem na początku tamtej dekady, także to totalny oldschool. Nauczyłem się tam grać na basie, bo trafiłem do zespołu z podstawowymi umiejętnościami obsługi tego instrumentu. W 2 Calories z kolei nauczyłem się produkować muzykę – wszystko, co potrafię dziś zrobić w programie muzycznym, zawdzięczam Bogdanowi, z którym tworzyłem ten projekt. Był to bardzo fajny i twórczy czas, choć nie do końca pasowała mi muzyka, którą wykonywaliśmy. Pamiętam nasz debiut, klub wypełniony po brzegi. Wszyscy czekali na gwiazdę wieczoru, czyli na nas, debiutantów. Z koncertów, które zagrałem, na tym pojawiło się chyba najwięcej osób. Impreza na maksa. Fajne wspomnienia.
Przyznajesz otwarcie, że techno to nie Twoja bajka. Najbliżej Ci do szeroko pojętych gitarowych brzmień – rocka, punka i metalu, a także do hip-hopu. Co najbardziej fascynuje Cię w tych gatunkach?
Myślę, że szczerość i nieprawdopodobnie mądra treść. Masz kilkanaście lat, jakieś problemy, nie wiesz, co się z tobą dzieje i nagle ktoś wykrzykuje ci w głośnikach to wszystko, co cię boli. Tak zakochałem się w szeroko pojętym rock’n’rollu, a stary polski hip-hop to jest w sumie to samo, tylko z innym podkładem muzycznym. Bez hipokryzji, czysta prawda i wskazówki dotyczące tego, jak się odnaleźć w tej miejskiej dżungli.

Skoro mowa o fascynacjach – przenieśmy je z gruntu artystycznego na podróżniczy. Stany Zjednoczone i Brazylia to wszak Twoje ulubione miejsca na ziemi. Co sprawiło, że to właśnie te kraje są dla Ciebie tak ważne?
Jeśli chodzi o Stany, to myślę że popkultura – naoglądałem się tych wszystkich westernów, teledysków, filmów akcji i się zakochałem. Nowy Jork, Las Vegas… duże miasta i niesamowita natura, to naprawdę robi wrażenie. Do tego kultura, motocykle i rodeo.
Brazylia to czysty przypadek – odbywały się tam Światowe Dni Młodzieży, które były moim celem (mógł zostać wylosowany inny kraj). Wyobraź sobie, że masz 17 lat. Nagle zostajesz wyrwany z Radomia i lądujesz na przedmieściach Rio De Janeiro. Nocujesz u obcych ludzi lub na podłodze w jakiejś niedokończonej przybudówce w faweli. Zwiedzasz również inne miasta. Mnóstwo przygód i szalonych sytuacji. To robi ogromne wrażenie. Zakochałem się bez reszty w tych miejscach, ludziach i kulturze. Pojawiła się też na mojej drodze pewna dziewczyna i myślę, że gdyby pewne sprawy potoczyły się inaczej, to mieszkałbym dziś z nią w Brazylii.
Skoncentrujmy się na chwilę właśnie na tym kraju. Ty oraz dwójka Brazylijczyków – Elton Alves Ribeiro oraz Carlos Luiz tworzycie bowiem projekt B.I.T.T., w którym łączycie brzmienia charakterystyczne dla Brazylii z hip-hopowymi beatami oraz wokalami, których źródło stanowią zarówno sample, jak i głosy prawdziwych wokalistów z różnych części świata. Opowiedz nam coś więcej na jego temat.
Eltona i Carlosa poznałem właśnie podczas wyżej wspomnianej podróży do Brazylii. Ten projekt na samym początku był trochę muzycznym żartem – taką zajawką, która miała trzymać nas razem i trochę przedłużyć naszą znajomość po moim powrocie do Polski. Chyba się udało, bo tamta podróż miała miejsce 13 lat temu…
Z czasem pojawiło się trochę wiedzy i możliwości producenckich, dziś B.I.T.T. to międzynarodowy projekt – współpracowaliśmy do tej pory z wokalistami i muzykami z Wielkiej Brytani, Włoch, Afryki, Meksyku, Argentyny no i oczywiście z Brazylii oraz Polski. Wydaliśmy kilka płyt, łącząc w niepowtarzalny sposób nasze kraje i kultury.

Z największego kraju Ameryki Południowej przenieśmy się do fikcyjnego miasta El Camino w Teksasie, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Tam odbyła się audycja radiowa, w której trakcie zagrałeś wraz z zespołem koncert oraz udzieliłeś wywiadu.
Zgadza się. To opis mojego najnowszego albumu „Desert of my Life”. Płyta została zrealizowana w formie radiowego programu. W ostatnich latach wypuściłem kilka singli i doszedłem do wniosku, że te utwory mogą być niezrozumiałe przez słuchaczy, a niosą wyjątkową treść. Np. utwór „Ketamine” zdecydowanie potrzebuje wyjaśnienia, komentarza. Tak narodził się pomysł na płytę połączoną z wywiadem. Chciałem zrobić to w sposób ciekawy dla słuchacza i o ile myślę, że miałbym możliwość zagrania i nagrania takiego koncertu w amerykańskim radiu, to przygotowanie materiału za oceanem (próby z nowym zespołem, aranżacje) byłoby bardzo ciężkie do zorganizowania. Dlatego też wpadłem na pomysł, że zrobimy nagrania w dwóch studiach – w Polsce i w radiu w El Paso. Wszystko ubraliśmy w psychodeliczny klimat, który idealnie pasował do moich piosenek i tym sposobem stworzyliśmy radiowe słuchowisko/przedstawienie. Powstał scenariusz, fikcyjne miasto (nawiązujące do El Paso) i radiostacja widmo. By wszystko brzmiało realistycznie, stworzyliśmy nawet reklamy radiowe i całą oprawę.
W tym przedsięwzięciu wzięła również udział autentyczna dziennikarka jednej z amerykańskich rozgłośni radiowych – Amber Banda. Jak udało Ci się ją namówić do pojawienia się w tym projekcie?
Amber jest wielką fanką przygód Harry’ego Pottera i kiedy tylko usłyszała, że miałaby się wcielić w rolę Hermiony Ranger (parodia Hermiony Grenger), od razu zaangażowała się w projekt. Jako profesjonalna prezenterka radiowa wprowadziła album na zupełnie inny poziom. Fajnie też wykorzystaliśmy wątek sagi o Potterze, by podsumować poruszone na tym albumie ciężkie tematy z lekką nutą humoru.
Amber rozumie również, o czym śpiewam. Rozumie, że życie nie zawsze jest kolorowe. Ona dobrze zna takie historie – na co dzień z motocyklową grupą “Guardians of the Children” pomaga dzieciakom, które doświadczyły przemocy. To jest super – jeżdżą Harleyami, wspierają, chronią i pomagają.
Jeśli chodzi o USA, to prowadziłeś w polonijnej rozgłośni z Chicago WPNA FM audycję rockową.
Zgadza się. Program „To Będzie Dobry Rock” był nadawany w Chicago, w latach 2021-2022. To było spełnienie moich radiowych marzeń. Do tej pory mam ciarki, jak sobie pomyślę, że w aucie jakiegoś Amerykanina rozbrzmiewała moja audycja – szczególnie, gdy pomyśle o tym przez pryzmat dzieciństwa. Wtedy Ameryka była czymś nieosiągalnym.
Audycje wybrzmiały w eterze i niestety nigdzie w sieci nie można już ich posłuchać, dlatego cieszę się, że mój najnowszy album jest również niejako podsumowaniem tej przygody.

I tu dotykamy materii równie dla Ciebie ważnej, co muzyka – radia. Jak wyglądały początki Twojej radiowej przygody? Skąd wzięło się zainteresowanie tym medium?
Najbardziej w radiu interesowało mnie to, by grało ono moje piosenki. Jako że to pragnienie przez lata się nie realizowało, postanowiłem zatrudnić się w radiu, by samemu je w końcu zrealizować. To oczywiście trochę żart, ale jest w nim ziarnko prawdy. Zaaplikowałem na staż, a po tygodniu prowadziłem na antenie wiadomości. Potrzebowali kogoś „na już”, a ja się w miarę nadawałem. Nie czułem się co prawda dobrze w roli dziennikarza, ale dzięki temu byłem blisko radiowego nośnika z muzyką i mikrofonu, więc zajmowałem się tym dalej. Po pewnym czasie zmieniłem swoją rolę i zacząłem prowadzić programy autorskie oraz muzyczne.
To super praca. Pamiętam, że jako nastolatek myślałem sobie, że fajnie byłoby pracować w radiu. Ogromne wrażenie robiły na mnie wtedy antenowe wygłupy w Rock Radiu. Gdzieś około 2012 roku była tam prawdziwa jazda bez trzymanki – audycję prowadzili m.in. chłopaki z Pyta.pl. Słuchałem ich audycji i oglądałem relacje ze studia z wypiekami na twarzy. Kilka lat później sam współpracowałem z Rock Radiem i Piotrem Kędzierskim przy jego audycji. Mogę powiedzieć, że dopiero wówczas zrozumiałem, jaką radio może być niesamowitą przygodą. Zdałem sobie sprawę z tego, o co chodzi w radiu i co ono daje ludziom.
Obecnie jesteś jednym z prowadzących audycji „Nocna Zmiana Rocka” w Radiu Radom 87,7, gdzie wcześniej miałeś również autorski program „Dziki Zachód”, w którym prezentowałeś słuchaczom muzykę country oraz klasycznego rocka. Czy planujesz w przyszłości powrót do czegoś autorskiego?
Muzyka Country chodzi za mną niemiłosiernie. Myślę, że fajnie byłoby znów prowadzić taki program, jak „Dziki Zachód”, ale jakoś nie mogę się zebrać. Może dlatego, że teraz współprowadzę „Nocną Zmianę Rocka”. To w sumie także autorski program. Co tydzień w studiu i na antenie jest taka beka, że jestem naprawdę usatysfakcjonowany. Czas pokaże, czy ruszę z czymś innym.

Powróćmy do Twojego nowego albumu. „Desert of my Life” to także opowieść o depresji. Czy tworzenie muzyki stanowi dla Ciebie formę autoterapii?
Chyba nie, to zwyczajnie moja pasja. Staram się traktować tworzenie muzyki jak zabawę. Może ostatnie moje kawałki dotyczą mroczniejszej tematyki, ale nie jest to jakieś moje terapeutyczne katharsis. Chciałem po prostu podzielić się ze światem nadzieją – mimo nieszczęścia, depresji, nerwicy i innych problemów. Taki się trafił temat, a łatwiej jest opowiadać dźwiękami i poetyckim tekstem.
Słyszałem o badaniach mówiących, że słuchanie i granie muzyki pomaga w regulacji naszego stanu emocjonalnego oraz układu nerwowego, więc pewnie to dobre narzędzie do „autoterapii”. Myślę jednak, że tak jest z każdą pasją, dlatego mam spory dystans do słowa „terapia”.
To trochę jakbyś mnie zapytał, czy uprawianie rekreacyjnie sportu to dla mnie rodzaj fizjoterapii. Myślę, że niedobrze jest patrzeć na całe życie tylko przez pryzmat stanu emocjonalnego lub jakiejś historii, która nam się przydarza. Niech pasja będzie pasją, a terapia terapią, co nie oznacza, że muzyka nie może działać na nas terapeutycznie.
Nie myślałeś może, by wykorzystać swoje doświadczenie radiowe oraz talent muzyczny do niesienia pomocy innym osobom zmagającym się z depresją poprzez stworzenie jakichś warsztatów lub podcastu?
Myślałem. Obecnie prowadzę anglojęzyczny portal hoperoute.net. Dodatkowo razem z kilkoma osobami pracujemy nad stowarzyszeniem, które będzie organizowało koncerty, muzyczne warsztaty i różnorakie eventy w szkołach, szpitalach i zakładach poprawczych, a wszystko to w motocyklowo-rockowym klimacie. Chcemy zarażać pasją, podać braterską dłoń, wyrwać na trochę ludzi z wiru traum i problemów. Zaoferować normalną interakcję i fajną zabawę, by na chwilę można było zapomnieć o niezbyt kolorowej rzeczywistości. Chcemy działać szczególnie wśród młodzieży, bo w tym wieku błahe poklepanie po ramieniu często wystarczy, by zaoszczędzić lat późniejszego niepotrzebnego cierpienia. Nie chcemy oferować „terapeutycznej przestrzeni”, a zwykłe codzienne aktywności/relacje, których osoby w kryzysie też potrzebują.
Twoja twórczość ma jednak w sobie również paradoksalnie dużo humoru i ironii, o czym mówiłeś już wcześniej. To przeciwieństwo patosu, który często wkrada się w rozmowy o problemach dotyczących naszych spraw osobistych bądź kondycji świata.
W swojej twórczości i życiu zawsze staram się przemycić mały żarcik lub autoironię, bo taki ze mnie żartowniś. W projekcie B.I.T.T. widać to chyba najlepiej. Zresztą to z założenia wyluzowany i tropikalny projekt.
Co do patosu i problemów – czasem mam wrażenie, że ten patos jest na siłę, zupełnie niepotrzebny. Patosem i powagą przecież nie rozwiązuje się żadnego problemu. Problemy rozwiązuje się działaniem. Jedno jest pewne – im mniej humoru i ironii, tym więcej problemów i napięcia.
Jesteśmy ciągle na początku 2026 roku. Co jeszcze oprócz założenia stowarzyszenia, które nieść będzie pomoc innym w motocyklowo-rockowym klimacie planujesz na najbliższy czas?
Zorganizować jakieś fajnie akcje z pożytkiem dla społeczności. Sklecić zespół i zagrać kilka koncertów z zupełnie nowym materiałem.
Na koniec pytanie z cyklu podchwytliwych – co słychać u Svena Goldsteina?
(śmiech) Kilka dni temu Sven Goldstein Band (zespół, w którym śpiewałem) po 15-stu latach grania autorskiego Boner Metalu po europejskich mieścinach, zawiesił swoją działalność.

