Nie należę do grona fanów prezydenta Radomia Radosława Witkowskiego. Trudno zresztą oczekiwać, bym należał.
Jako dziennikarz przez lata wielokrotnie krytykowałem sposób zarządzania miastem. Wskazywałem na problemy związane z polityką inwestycyjną, zadłużeniem, kierunkami rozwoju Radomia czy funkcjonowaniem miejskich instytucji. Nie jest też tajemnicą, że w czasie ostatniej kampanii samorządowej prezydent Witkowski konsekwentnie unikał konfrontacji z mediami, które mogłyby zadawać pytania trudniejsze niż te, do których przywykł. Zaproszenia na wywiady pozostawały bez odpowiedzi, podczas gdy rozmów chętnie udzielano tam, gdzie ryzyko niewygodnych pytań było minimalne.
Także jako mieszkaniec Radomia nie jestem przekonany, że obecna ekipa rządząca wykorzystała potencjał miasta. Wiele razy dawałem temu wyraz.
A mimo to z dużym sceptycyzmem patrzę na inicjatywę referendum mającego doprowadzić do odwołania prezydenta Radomia.
Nie dlatego, że uważam Radosława Witkowskiego za dobrego gospodarza. Wręcz przeciwnie. Problem polega na tym, że referendum nie jest konkursem popularności, lecz bardzo konkretnym narzędziem politycznym. Narzędziem, które ma sens wyłącznie wtedy, gdy istnieje realna szansa na jego powodzenie.
Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że obecna inicjatywa bardziej przypomina polityczny happening niż przedsięwzięcie mogące doprowadzić do rzeczywistej zmiany władzy.
Historia samorządowych referendów pokazuje, że sukces jest możliwy wyłącznie wtedy, gdy pojawia się bardzo silna emocja społeczna. Tak było w przypadku referendum w Zabrzu czy Krakowie. Za każdym razem mieliśmy jednak do czynienia z wyraźnym, powszechnie odczuwalnym konfliktem społecznym.
Czy ktoś naprawdę uważa, że dziś w Radomiu istnieje podobny poziom mobilizacji?
Nie widzę na to żadnych dowodów.
Nie widzę ich w mediach społecznościowych. Nie widzę ich na ulicach miasta. Nie widzę ich nawet w środowiskach politycznej opozycji wobec Radosława Witkowskiego.
Analizując radomską infosferę można wręcz odnieść przeciwne wrażenie. Informacje o zbiórce podpisów wywołują reakcje mieszane. Obok głosów poparcia pojawia się równie dużo komentarzy prześmiewczych i sceptycznych. Trudno mówić o fali społecznego entuzjazmu.
Jeszcze większe wątpliwości budzi polityczne zaplecze całej inicjatywy.
Formalnie referendum firmuje Stowarzyszenie Lepszy Radom. Oczywiście każdy obywatel ma prawo inicjować takie działania i samo w sobie nie jest to niczym złym. Trudno jednak nie zauważyć, że największa partia opozycyjna w mieście została w tej sprawie zepchnięta na drugi plan.
PiS oficjalnie wspiera akcję. Podobnie czynią niektórzy przedstawiciele innych środowisk. Jednak – nie oszukujmy się – dla partii posiadającej tysiące wyborców w Radomiu jest to sytuacja co najmniej niezręczna. Zamiast samodzielnie organizować ofensywę polityczną przeciwko prezydentowi miasta, przyłącza się ona do inicjatywy stosunkowo niewielkiego stowarzyszenia.
Co więcej, z rozmów prowadzonych w różnych środowiskach politycznych docierają sygnały, że do podjęcia działań referendalnych działacze Lepszego Radomia mieli być zachęcani przez osoby związane z obecnym układem władzy. Wśród nazwisk pojawia się między innymi przewodniczący Rady Miejskiej Mateusz Tyczyński.
Podkreślmy wyraźnie – są to informacje nieoficjalne, których nie sposób dziś jednoznacznie potwierdzić. Traktujmy je więc jako zwykłe plotki. Sam fakt ich pojawiania się jest jednak interesujący.
Bo jeśli takie rozmowy rzeczywiście miały miejsce, rodzi się pytanie: dlaczego?
Możliwych odpowiedzi jest kilka.
Pierwsza zakłada istnienie wewnętrznych napięć w obozie rządzącym miastem. Polityka samorządowa rządzi się własnymi prawami, a sukcesja po wieloletnim prezydencie zawsze budzi ambicje potencjalnych następców.
Druga wydaje się jeszcze bardziej prawdopodobna. Nieudane referendum może okazać się dla Radosława Witkowskiego i jego środowiska znacznie większym prezentem niż zagrożeniem.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której po wielu miesiącach politycznej mobilizacji frekwencja wynosi 10 lub maksymalnie 15 procent. Nie sądzę, żeby w Radomiu mógłby zrealizować się inny scenariusz. Ostatnie referendum w Pionkach pokazało skalę problemu z mobilizacją wyborców. Aby odwołać prezydenta Radomia, potrzeba byłoby frekwencji znacznie wyższej. Nie widzę dziś społecznej energii, która mogłaby taki wynik wygenerować.
A co stanie się po porażce?
W kampanii wyborczej w następnych wyborach samorządowych, do których już bliżej niż dalej, usłyszymy prosty przekaz z kręgów rządzących miastem: „próbowali nas odwołać i przegrali” oraz „pisiory mówią o zadłużeniu miasta, a sami zorganizowali hucpę referendalną kosztującą setki tysięcy / miliony złotych” (referendum w dużo mniejszych Pionkach kosztowało ok. 150 tys. zł). Władza otrzyma argument o potwierdzonym społecznie mandacie, nawet jeśli będzie to argument politycznie naciągany.
Dlatego paradoksalnie referendum może nie osłabić układu rządzącego miastem, lecz go wzmocnić. Nawet jeżeli Witkowski nie będzie kandydował w kolejnych wyborach (ze względu na dwukadencyjność), to trudno oczekiwać, że zniknie z życia politycznego. A samo referendum jest nie tyle głosowaniem nad jego osobą, co środowiskiem, z którego przecież z pewnością będzie wywodził się kolejny kandydat na prezydenta miasta. Może być to też istotna operacja z punktu widzenia silnej walki frakcyjnej w samej radomskiej Koalicji Obywatelskiej, która miałaby w takiej optyce na celu wzmocnienie pozycji Radosława Witkowskiego i jego przybocznych wobec aktywu skupionego wokół Konrada Frysztaka.
Trudno dostrzec dziś warunki niezbędne do skutecznej kampanii referendalnej. Nie ma wielkich emocji społecznych. Nie ma szerokiego porozumienia środowisk opozycyjnych. Nie ma również – przynajmniej nic na to nie wskazuje – setek tysięcy złotych potrzebnych do przeprowadzenia profesjonalnej kampanii informacyjnej obejmującej całe miasto.
Referendum jest jednym z najpoważniejszych narzędzi demokracji lokalnej. Powinno być wykorzystywane wtedy, gdy istnieje realna szansa na sukces i gdy stoi za nim autentyczny oraz szeroki ruch społeczny.
Dzisiaj bardziej przypomina ono polityczną operację o niejasnych celach i jeszcze mniej jasnych beneficjentach. Być może służy ona po prostu spełnieniu osobistych ambicji kilku osób. A jeśli rzeczywiście tak jest, to największym wygranym całego przedsięwzięcia może okazać się nie opozycja wobec Radosława Witkowskiego, lecz sam Radosław Witkowski i jego środowisko.

