Historia Na czasie Radom i okolice

„Anonimowi fanatycy”, czyli jak Służba Bezpieczeństwa uczyła się ks. Romana Kotlarza

Śmierć ks. Romana Kotlarza w sierpniu 1976 roku nie była przypadkowym incydentem, lecz tragicznym finałem blisko 22-letniego procesu inwigilacji, osaczania i prowokacji ze strony aparatu bezpieczeństwa PRL. Już wkrótce po święceniach Służba Bezpieczeństwa nadała mu etykietę „fanatyka” i „niebezpiecznego elementu”. Lata posługi w Szydłowcu, Żarnowie i zwłaszcza Koprzywnicy stały się dla SB praktyczną, wieloletnią lekcją: mieli do czynienia z kapłanem, który nie uznawał żadnych kompromisów z ateizacją państwa, a za którym wierni gotowi byli stanąć murem. Te doświadczenia ukształtowały strategię represji, która ostatecznie doprowadziła do jego męczeńskiej śmierci w Pelagowie.

Pierwsze starcie: Szydłowiec i „bałwochwalcy”

Inwigilacja ks. Romana Kotlarza rozpoczęła się niemal natychmiast po jego święceniach kapłańskich 30 maja 1954 roku. Pierwszym poligonem SB stał się Szydłowiec (1954–1956). Młody wikariusz szybko zyskał opinię znakomitego kaznodziei – jego emocjonalne, pełne pasji homilie przyciągały tłumy wiernych.

Punktem zapalnym było kazanie z okresu Bożego Narodzenia 1955 roku, w którym ks. Kotlarz nazwał nauczycieli szkół państwowych „bałwochwalcami”. Zarzucał im, że czczą „bożki” w postaci państwa, narodu czy materializmu i świadomie prowadzą ateizację dzieci. Reakcja władz była natychmiastowa. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Kielcach wystosowało oficjalne pismo do Kurii Biskupiej w Sandomierzu, żądając usunięcia „winowajcy”.

W dokumentach SB zachowały się wstrząsające dowody presji wywieranej na lokalny kler. Proboszcz ks. Jan Węglicki (późniejszy tajny współpracownik „J-10”) pod silnym naciskiem urzędników obiecywał, że „nie da żyć ks. Kotlarzowi” i da mu „porządny wycisk”. W tajnych raportach nazywał wikariusza „głupcem” i „fanatykiem”, choć w oficjalnych opiniach powizytacyjnych wystawianych dla kurii chwalił go jako kapłana rozumnego i całkowicie oddanego duszpasterstwu.

Historia TW „J-10” pełna jest paradoksów. Węglicki traktował oficerów SB jak cierpliwych słuchaczy swoich problemów zdrowotnych, których inni duchowni już nie chcieli słuchać. Unikał lokali kontaktowych z obawy przed dekonspiracją – podczas jednego ze spotkań w lesie o mało nie został przyłapany przez spacerującego tam księdza emeryta. Za donosy nie brał pieniędzy, licząc jedynie na przychylność władz w sprawach parafialnych i osobistych. To pierwsze starcie pokazało SB, że administracyjne przeniesienia i naciski na kurię nie wystarczą – ksiądz Kotlarz nie łamie się łatwo.

Koprzywnica: wojna o krzyże i „Zastęp Młodych Próżniaków”

W lipcu 1958 roku ks. Roman został wikariuszem w parafii św. Floriana w Koprzywnicy. Trafił tam w samym środku brutalnej akcji dekrucyfikacyjnej (okólnik partyjny nr 26 z 4 sierpnia 1958 r.). Jako katecheta w czterech szkołach (Koprzywnica, Gnieszowice, Sośniczany, Błonie) prowadził aż 36 lekcji religii tygodniowo i stał się głównym przeciwnikiem kierownika szkoły Antoniego Żgutowicza.

Z ambony nie ograniczał się do modlitwy. Mobilizował rodziców wprost: „Dziś od was, rodzice, zależy, czy religia będzie wykładana w szkole, czy nie. Czy krzyż Chrystusa wisiał będzie w klasie waszych dzieci, czy nie. Wy macie stanowić, czy królować będzie wiara katolicka, czy fałsz i obłuda”.

Słynny incydent miał miejsce w styczniu 1959 roku podczas egzaminu religii w klasie V. Uczeń z odznaką ZMP nie potrafił odpowiedzieć na pytania. Ks. Kotlarz powiedział wtedy ironicznie: „Gdybym nie wiedział, co ta odznaka znaczyła dawniej, to bym pomyślał, żeś założył Zastęp Małych Próżniaków, a ty jesteś ich prezesem”. Władze uznały to za „złośliwą dygresję pod adresem ustroju”, podobnie jak kazania, w których kapłan porównywał państwo walczące z Bogiem do reżimu Hitlera.

Kryptonim „Anonimowi fanatycy” – grafologiczna pułapka bezpieki

W czerwcu 1959 roku konflikt eksplodował. Kierownik Żgutowicz oraz trzy działaczki propartyjnego komitetu rodzicielskiego – Matylda Majkowska, Balbina Gorycka i Zofia Petrykowska – otrzymali serię brutalnych anonimów. Listy, pisane z błędami ortograficznymi, groziły śmiercią za „sprzedanie księdza”. Majkowskiej pisano m.in.: „granaty na was są gotowe”, „zostaniesz zabita jak pies pod cudzym płotem”. Goryckiej grożono „ślakiem przed niedzielą”, a Petrykowskiej nakazywano „szykować sobie na śmierć koszulę”.

4 lipca 1959 roku ppor. Marek Walusiński założył sprawę agenturalnego dochodzenia pod kryptonimem „Anonimowi fanatycy”. SB od początku zakładała, że inspiratorem jest ks. Kotlarz, a autorami listy piszą „sfanatyzowani aktywiści katolikcy”.

Bezpieka uruchomiła szeroką operację grafologiczną. Wytypowano ponad 40 osób, od których podstępnie pobierano próbki pisma (z podań o materiały budowlane, oświadczeń rodziców, a podczas przesłuchań kazano pisać zobowiązania do tajemnicy). Materiał trafił do Samodzielnego Laboratorium Kryminalistycznego w Kielcach. Mimo ogromnego wysiłku autora nie wykryto. Pojawił się też trop (potwierdzany przez informatora „p-X”), że anonimy mógł napisać sam Żgutowicz, by „wybielić swoją brudną przeszłość”. Sprawa została umorzona w październiku 1960 roku, ale wizerunek ks. Kotlarza jako „niebezpiecznego fanatyka zdolnego zmobilizować nieobliczalne siły” utrwalił się na stałe w teczkach SB.

Mur solidarności: „Kapłan czysty jak kryształ”

Władze całkowicie nie doceniły siły więzi, jaką ks. Kotlarz zbudował z prostymi ludźmi. Gdy próbowano go usunąć z parafii i zakazać nauczania religii, w Koprzywnicy zawiązał się Społeczny Komitet Obrony Księdza Romana Kotlarza. Delegacje chłopów i gospodyń (m.in. Franciszek Turbak, Stanisław Pietrzyk, Władysława Gorycka) wielokrotnie jeździły do Kielc i Warszawy.

Kierownik wydziału ds. wyznań Stefan Jarosz (były ubek) przyjmował ich z pogardą, nazywając „chuliganami i pijakami”. Kieleckie radio nadało nawet audycję stygmatyzującą obrońców księdza. Mimo gróźb aresztowania Stanisław Pietrzyk powiedział Jaroszowi prosto w oczy, że „Koprzywnica potrafi zmusić inspektora oświaty do zatrudnienia księdza”.

Z okolicznych wsi napływały petycje z setkami podpisów. Wierni pisali o ks. Kotlarzu: „Kapłan ten jest czysty jak kryształ, dlatego otrzymał cierniową koronę”. Podkreślali, że tępi pijaństwo, uczy dzieci kultury i szacunku do mienia publicznego. Nawet dzieci z Gnieszowic i Trzykosów wystosowały własne pismo w jego obronie.

Ks. Roman umocnił swój autorytet gestem bezinteresowności – gdy komitet rodzicielski podłożył mu pod choinkę 200 złotych nagrody, odmówił przyjęcia pieniędzy i kazał przekazać je na odbudowę wieży kościelnej. Biskup Jan Kanty Lorek obawiał się, że usunięcie wikariusza może wywołać zamieszki podobne do tych w Żelazowicach.

Dziedzictwo walki i ostateczna lekcja dla bezpieki

Lata 60. (Mirzec, Kunów, Nowa Słupia) nie były okresem spokoju. SB nadal prowadziła totalną inwigilację (teczka nr 7422/L). Każdy ruch księdza – zakup projektora filmowego, organizacja nielegalnych punktów katechetycznych w prywatnych domach, nauka jazdy na rowerze, pokazy filmów – był raportowany jako „opanowywanie młodzieży” i działalność szkodliwa.

Kolejne karne przeniesienia nie złamały ks. Kotlarza. Za każdym razem budował wokół siebie mur solidarności. Aparat bezpieczeństwa po dwóch dekadach „nauki” doszedł do wniosku, że administracyjne metody zawodzą. Ta wiedza stała się fundamentem operacji „Maniacy” (wcześniej „Życzliwi”) w 1976 roku. Doświadczenia z Koprzywnicy i sprawy „Anonimowych fanatyków” przekonały najwyższe kierownictwo Departamentu IV MSW, że jedynym sposobem na uciszenie takiego kapłana jest bezpośrednia, fizyczna represja.

Cześć Pamięci Ks. Romana Kotlarza!